poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Rozdział trzeci Córki ^^

Dla Melevii, za miły doping ^^ Jestem wdzięczna ;3

Dawid ^^ (tak, wiem, imię polskie, ale jak zaczęłam się bawić robieniem tej postaci, walnęłam się, i już tak zostało) 

Rozdział trzeci.
Pechowiec czy szczęściarz? A może to ona...?
Całuję Dracona delikatnie w głowę. To pierwszy „legalny”, a zarazem drugi dzień, kiedy jestem u nich. Idę na samotną przechadzkę po lesie, po drodze dużo płaczę. Boli mnie głowa, nie wiem, co gorsze – to, że od rana zaczynam podejrzewać, iż jestem w ciąży, czy to, że zabiłam człowieka? Decyduję, że to drugie. Fakt, iż zabiłam żywego człowieka, posiadającego rodzinę, a potem czarownicę będącą nauczycielką mugoloznastwa, tylko ze względu na mojego ojca, szokuje mnie i ogłusza.
Już prawie jestem gotowa do deportacji, kiedy jakiś chłopak łapie mnie za łokieć. Jestem bliska dania mu w twarz, za to, że miał czelność mnie dotknąć, ale gdy odwracam się, dostrzegam w jego oczach cechę niezwykłą, która zatrzymuje mnie od uderzenia go. Jest kuszący, uśmiecha się władczo, pewien swojego. Doskonale wiem, że to czarodziej, Mugole nie przychodzą do tego lasu. Patrzę na niego w sposób pytający, jestem ciekawa, co ma mi do powiedzenia.
- Kto ci pozwolił mnie dotknąć? - warczę na chłopaka, wściekła.
- Nikt – odpowiada. - Ale tak dawno nie widziałem człowieka... Jestem już spragniony jego widoku, zapachu, dotyku...
- Ogarnij się – żądam.
Parska śmiechem na moje słowa, choć mówiłam je całkiem poważnie. Patrzę na niego zagadkowo, a on mnie przyciąga do siebie. Nie wyrywam się, ja też pragnę bliskości. Żaden człowiek poza Draco, może trochę Amelia, nie miał wstępu do mojej krainy, może warto by to było zmienić.
- Ogarnij się – powtarza jak echo, kuszącym głosem, zaplatając kosmyk moich włosów na swój palec. - Co to oznacza? Naucz mnie świata, piękna...
- W ogóle, jak masz na imię?
- Imię? Mów mi Bezimienny. Jesteś pierwszym człowiekiem od szesnastu lat, jakiego widziałem. Takie błahe sprawy jak imię wypadło mi z głowy. No... chyba, że ty nadasz mi imię, Rosalio. Słyszałem trochę o tobie... Widzisz, ściany mają uszy...
- Nie musisz mi tego mówić, doskonale o tym wiem – mimowolnie się uśmiecham. - A więc nadać ci imię? Spoko. Jak dla mnie wyglądasz na Dawida.
Nie wiem, skąd mi się wzięło to imię. Chłopak wygląda jednak na zadowolonego, więc nie zamierzam zmieniać mu imienia. Patrzy na mnie nadal wyczekująco, a ja nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Dopiero po chwili się orientuję, że w dalszym ciągu czeka na nazwisko. Mimowolnie kiwam głową.
- Od dzisiaj jesteś Dawid Night, a może wolisz być Dawidem Forest?
- Dawid Night mi się podoba – odpowiada chłopak, przyciągając mnie do siebie.
Nie opieram się pocałunkowi, tylko się w nim zatracam. Nikt, nawet Draco, mnie tak nie całował. Nasze usta bez pośpiechu wyszukują swój rytm, ręce znajdują odpowiednie miejsce na swój pobyt. Chłopak dotyka swoimi rękami mojej talii, chwilę potem lekko zjeżdża prawą ręką w dół, a lewą ręką w górę – zatrzymuje się na karku. Ja dotykam delikatnie swoimi dłońmi jego umięśnionej klatki piersiowej. Wszystko traci sens, całe moje życie, mam przed sobą tylko przyszłość i teraźniejszość, przeszłość już nic nie znaczy. Wolę nie myśleć, co powiem Draco, nie umiem. Nie chcę go ranić, ale właśnie zrozumiałam, że te wszystkie lata, które spędziliśmy razem, były jak kłamstwo, zaspokajające chwilowy głód, a nie sycący. Nie zakochałam się w nim od pierwszego wrażenia. Nie zakochałam się w nim nigdy. To wszystko.... to wszystko było zauroczeniem, podziwem. A Dawid sprawił, że zyskał moje serce od pierwszego wejrzenia. Tak czy siak, w końcu zyskaliśmy swój rytm. Najpierw delikatnie muskaliśmy swoje usta, rozchylając je do minimum, potem rozchylaliśmy szerzej i szerzej, aż wreszcie zaczęłam badać swoim językiem jego język. Wiedziałam, że się uśmiecha. To był mężczyzna, z którym chciałam spędzić życie, i wiedziałam to już teraz. Wydawało mi się, iż znam go dużo dłużej, ale to przecież niemożliwe. Uśmiechnęłam się delikatnie, kończąc pocałunek. Patrzyłam mu przez chwilę w oczy, potem się odsunęłam.
- Jesteś Śmierciożercą? - zapytałam najnaturalniejszym na świecie tonem, jakbym go nigdy nie całowała.
Patrzy przez chwilę na mnie nieobecnym wzrokiem. Patrzę na niego, próbując zrozumieć jego spojrzenie, wyczytać jego myśli, aż w końcu odzywa się cicho:
- To skomplikowane.
Krzyżuję ręce na piersi. Nie podoba mi się to, że mnie tak spławił. Nie chcę zachowywać się jak dziecko, czy opiekuńczo, ale z drugiej strony w tym momencie nie potrafię zachować się inaczej. Na pocieszenie, można to nazwać ewentualnie upierdliwością.
- Nic nie jest skomplikowane, Dawidzie – mówię. - Tylko ludzie nie potrafią czegoś zrozumieć.
- W porządku – odpowiada. - Nie jestem Śmierciożercą, acz poplecznikiem twojego ojca.
Patrzę na niego zdumiona. Jak można być poplecznikiem Voldemorta nie będąc Śmierciożercą? Nie zadaję jednak pytań – wiem, że w dalszej części rozmowy się tego dowiem.
- Zostałem wychowywany w lesie, ponieważ pogryzł mnie wilkołak. Teraz mam dwadzieścia sześć lat, czyli jestem starszy od ciebie o osiem lat. Kiedy miałem lat czternaście, poznałem twojego ojca. Był duchem, błąkającym się po ziemi. Zaopiekował się mną. Potem ciągnąłem się za nim, aż Quiriell znalazł go. Przez te wszystkie lata zdążyłem go zrozumieć, poznać, zaprzyjaźnić się z nim. Dlatego jestem teraz jego poplecznikiem. Ofiarowywałem mu tylekroć swoje ciało, ale on odpowiadał, że traktuje mnie jak syna, nie może mi tego zrobić. Rose... on był dla mnie mentorem, guru, osobą, która mnie rozumiała, która się mną opiekowała. Chciałem potem do niego dołączyć, błąkałem się, nie mogąc go znaleźć. Aż w końcu wpadłem w ciebie. I się zakochałem. Mam wrażenie, jakbym znał cię dłużej, niż cię znam. Proszę, zabierz mnie ze sobą, gdziekolwiek pójdziesz.
Kiwam głową. Zaprowadzę go do ojca. Ale co ja powiem Draconowi? Gdyby Dawid nie stał przy mnie, waliłabym głową w ścianę, zawstydzona swoją głupotą i wściekła na siebie. Przełykam ślinę, odsuwając się od chłopaka.
- Pomogę ci znaleźć mojego ojca.
Uśmiecha się radośnie, niczym szczeniak. To ładny widok i chętnie patrzyłabym na niego dłużej, ale nie mam czasu. Za pół godziny zaczyna się moja pierwsza lekcja, a ja jestem wciąż głodna.
Łapię go za rękę i teleportuję się do mojego domu, gdzie od razu zaczynam „opróżniać” lodówkę. Kiedy kończę, Voldemort wchodzi i patrzy na mnie wyczekująco. Wiem, o co mu chodzi – zdecydowanie powinnam zjeść o połowę mniej, nie wiadomo, co ma dla mnie przygotowane, a może jeszcze zwymiotuję. No cóż, przynajmniej będę miała czym. Patrzy również na naszego gościa – wzrokiem pytającym, po raz pierwszy w naszym domu pojawił się chłopak, który nie jest Draconem. Nie wiem, czy jest zadowolony z tego nagłego obrotu spraw, czy też nie.
- Na początku – zaczyna Voldemort, odsuwając krzesełko i patrząc na mnie – powiesz mi, kim jest ten chłopak. – Kiwa głową na Dawida, a ja wstrzymuję się od tego, by zwrócić mu cierpko uwagę, że nie wytyka się, ale jakoś udaje mi się wstrzymać.
- Panie – Dawid od razu klęka przed ojcem – jestem twoim nowym poplecznikiem, a zarazem najlepszym przyjacielem. Bezimiennym.
- Bezimienny? - wykrzykuje radośnie Voldemort. - To zupełnie zmienia postać rzeczy. Kopę lat, chłopie!
Po raz pierwszy widzę, jak kogokolwiek TULI. Patrzę na to zszokowana, żałując, iż nie mam aparatu. Zrobiłabym mu zdjęcie.
Przez chwilę po prostu się ściskają. Już myślę, że mogę iść, a ojciec odwołuje wszystkie lekcje, kiedy siada i patrzy mi uważnie w oczy. Dawid cicho przykuca koło mnie i łapie moją rękę pod stołem. Czuję się jak zdrajczyni, chociaż Voldemort nie jest Draconem. Ale jego uśmiech, kiedy dowiaduje się o naszych splecionych rękach pod stołem jest bezgraniczny i szczęśliwy, przez co czuję się jeszcze gorzej.
- A więc udało ci się posiąść moją córkę, Nienazwany?
- Czy ja wiem... Posiąść raczej nie, bo to nie jest przedmiot. Ale można by powiedzieć, że zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia.
- Och, to cudowne! Jej poprzedni chłopak, Draco... nie wiem, czy o nim słyszałeś... pochodził z rodziny Malfoy'ów.
- Tych Malfoy'ów? - pyta oszołomiony Dawid.
Nie wiem, co nagadał mu ojciec, ale jego twarz przybiera wyraz oburzenia. Aczkolwiek może to z powodu tego, iż nie powiedziałam mu, że mam chłopaka. Albo że miałam. Jednak wzgarda, którą po chwili widać w jego oczach, nie pasuje do ataku na mnie. To czysta nienawiść, jaką widzę czasem w oczach ojca przed zabiciem ofiary.
- Tak, tych Malfoy'ów.
- Co za … – przez chwilę z jego ust wydobywa się potok obraźliwych słów, zapewne skierowanych pod adresem Dracona. Zatykam uszy dłońmi, nie mam ochoty tego dłużej słuchać.
Tak czy siak, pospiesznie wychodzę z tego pokoju i zamykam się w sypialni, a za mną, jak gromkie echo, wydobywa się donośny głos ojca: „Dziś lekcje odwołane! Jutro o ósmej w Zamku Hogwart!”. Ale już tego nie słyszę, zbyt zajęta planem ucieczki. Nie mogę przeżyć niczego, co ma związek z ojcem, nieważne, czy to obecna, czy też stara sprawa. Po prostu nienawidzę tego człowieka i nie chcę mieć z nim nic do czynienia. Pospiesznie pakuję walizkę i macham różdżką. Nic nie myślę, i przez chwilę mam nadzieję, że wyląduję w niebycie, ale moje marzenie się nie spełnia – w ostatnim momencie przez myśl przechodzi mi twarz jedynego człowieka, który mnie od zawsze rozumiał, przynajmniej w sprawie mojego ojca. Harry Potter i jego głupia paczka przyjaciół – rudowłosy, biedny Ron oraz panna Wiem-To-Wszystko. To jednak właśnie o tym pierwszym myślę, i przenoszę się pod jego dom, na Privet Drive.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz