wtorek, 16 października 2012

"Prawa ręka"

Together
Rozdział pierwszy,
który jest zarazem swego rodzaju prologiem.
Kolejny krzyk, kolejny płacz. Powinnam się już do tego przyzwyczaić, ale jakoś nie potrafię. Martin kuli się w kącie swojego pokoju, to on był przyczyną zamieszania. Podchodzę do niego i bez słowa tulę się do brata. Odwzajemnia niepewnie uścisk. Kręci zaraz głową.
- Nie rozumiem tego – mówi.
Przytulam się do niego mocniej. Kiwnięciem głowy i podniesieniem prawej brwi zachęcam go do tego, by mówił dalej.
- Myślałem, że kiedy wróci tata, wszystko będzie normalnie. A tu proszę – gorzej niż z matką.
Zgadzam się z nim w stu procentach, ale ojciec mówi, że nie wolno tak myśleć. Mimo to jednak kiwam głową i szeptem mówię „Ja też”. Głośniejsze stwierdzenie jest nie tylko nie wskazane, ale też niebezpieczne. Ojciec mógłby usłyszeć, a za to groziłaby poważna kara.
W tym samym momencie wszedł „wilk”. W normalnych okolicznościach, gdyby na jego miejscu był każdy inny człowiek, żartowałabym z tego, zresztą on też.
- No proszę. Mówiłem coś o okazywaniu uczuć w tym domu, nieprawdaż, Rosalio? A może to Martin ma coś do opowiedzenia? - obserwuje nas ostro, ze złością. Jest bardzo źle, gorzej, niż mogłabym to sobie wyobrazić.
- W naszym domu nie wolno tego robić – szepcę. - Zabroniłeś. Ja wiem, tylko...
- Tylko że jesteś kruchym, marnym człowiekiem, prawda, Rose? - Nie umie gniewać się na mnie długo, ani nawet mnie skrzywdzić, więc to ja staję w obronie nas dwojga, a ojciec, zamiast bawić się różdżką, by kontrolować wybuch swej złości (a potem i tak rzucić zaklęcie), ściska różdżkę dla pokazania, że jest groźny, o wiele groźniejszy, niż to mogę sobie wyobrazić.
Kiwam głową – nie mogę zrobić nic innego, bo to by go zdenerwowało. Nie boję się go, to ja tu jestem potężniejsza, ale chcę mu pokazać, że tak wcale nie myślę i tak nie jest. Jestem zdecydowanie dobrą aktorką. Nawet gdy nie chcę grać według wyuczonego scenariusza, tylko improwizować, i tak robię to pierwsze, sprzeciwiając się samej sobie.
- Mówiłeś – przytakuję. - Ale czy nie mieliśmy być wolni? Czy nie tego nam obiecywałeś? Kiedy powtarzałeś, że kiedy Mugole znikną, świat będzie wolny. Ale może zacznijmy od naszego domu? Tu nie ma wolnoś...
- ZAMILCZ!!! - drze się ojciec, a ja mam wrażenie, że od tego głośnego wrzasku uszy zaraz będą w kryzysowej sytuacji.
Martin zaczyna się trząść ze strachu, ale ja tylko obserwuję wszystko szeroko otwartymi oczyma. Uśmiecham się delikatnie, z wrodzoną wyższością.
- Rose... - Moje imię w jego ustach brzmi nienaturalnie. Przełykam cicho ślinę, czekając na ciąg dalszy, który i tak już od pewnego czasu dobrze znam. - Okazywanie uczucia zawsze będzie czymś, co jest oznaką słabości. Ludzie słabi...
- Nieprawda! - krzyczę. - Okazywanie emocji nie zawsze prowadzi do klęski. Czasem nawet jest oznaką odwagi!
- Może – wzdycha.
- Może co? - pytam naburmuszona.
- Może kiedyś tak było – odpowiada. - Ale odkąd ja rządzę...
- Ale odkąd ja rządzę... – przedrzeźniam go. - Chyba ci się w główce pomieszało. – Kręcę głową z dezaprobatą.
- Przypominasz do złudzenia mnie, Rose. - Nagle jego emocje obróciły się o sto osiemdziesiąt stopni.
Wzdrygam się. Nie chcę go przypominać, ale nie potrafię zmienić swojego charakteru. Jeszcze gorzej, bo się delikatnie uśmiecha. Opuszcza różdżkę i chowa ją w kieszeni spodni dżinsowych (dlaczego on w ogóle je nosi? Zawsze wyobrażałam go sobie jako zdecydowanego czarodzieja noszącego czarną, zwiewną szatę, a nie dżinsy i T-shirt. Trzeba porozmawiać z matką, żeby kupowała mu inne ubrania). Podchodzi do mnie i łapie mój długie, gęste czarne włosy splecione w misterny warkocz swoimi długimi smukłymi palcami w kolorze tak białym, jak śnieg.
- Ja też byłem kiedyś taki – kontynuuje, zabierając rękę, a ja mimowolnie wzdycham z ulgą.
Pozwalam mu mówić dalej, i tylko patrzę się na niego z wściekłością. Zdecydowanie nie chcę ponowić takiej sceny, ale teraz nie mam wyboru.
- Nienawidzę cię – szepczę.
Uśmiecha się szeroko i tuli mnie do siebie. Stoję wyprostowana jak struna, a on delikatnie gładzi mnie po plecach.
- Tylko tak ci się wydaje – mówi. - Teraz mnie nienawidzisz, ale potem będziesz wdzięczna. Za to wszystko.
Wyrywam się z uścisku, patrzę na niego jak na szaleńca. Śmieje się, a ja serdecznie mam tego dość. Wyciągam różdżkę, podaję rękę bratu, by umożliwić mu wstanie, i pospiesznie wychodzę z pokoju. Naprawdę chciałabym odskoczyć od scenariusza i zakończyć to już teraz, ale wiem, że nie mogę. Nawet to by nic nie dało, a tylko straciłabym jego zaufanie. Biegnę do pokoju i wybucham donośnym szlochem.
Muszę się komuś wyżalić, podzielić z kimś moją frustrację, z kimś, kto by mnie zrozumiał. Wyciągam więc telefon. Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to zadzwonić do Dracona. Wybieram dlatego jego numer (obydwoje mamy telefony komórkowe, o których nie wiedzą nasi rodzice; od zawsze fascynuje mnie świat technologii Mugoli) i dzwonię.
- Draco? - chlipię do telefonu.
- Skarbie? - pyta Draco. - Co się stało?
- Ja... ja potrzebuję cię. Teraz... W moim pokoju. Albo ja w twoim. Draco, proszę, nie spławiaj mnie... Tylko ty możesz mi pomóc...
- Będę za pięć minut – obiecuje i rozłącza się.
Siedzę na łóżku i płaczę. Moje ciało robi się całe czerwone od płaczu. Kiedy Draco aportuje się w moim pokoju, nie umiem już nic powiedzieć. Tuli mnie mocno i całuje w głowę, powtarza, raz za razem, że wszystko będzie dobrze, ale ja wiem, że nie będzie.
- Ojciec – udaje mi się wyszeptać. - Kolejna awantura. Mam tego dooość. - Przez płacz dostaję czkawki.
- Zamieszkaj u mnie. Nie będziesz miała takich problemów – proponuje całkiem serio.
- Ale Draco... - mówię, chociaż nie mam argumentów.
- Zamieszkaj – śmieje się, a ja już wiem, że będę bezpieczna.
- Kocham cię – szepcę. - Ale zamieszkam tylko na trzy dni.
- Dobrze – odpowiada, i całuje mnie w czubek głowy. - Tylko na t r z y dni, o ile tego chcesz.
- Jesteś najcudowniejszym chłopakiem na świecie – uśmiecham się przez łzy, i ocieram je dłońmi.
- Wiem – odpowiada, a potem muska moje wargi swoimi.
Odpowiadam tym samym, i całujemy się przez parę minut. Nawet nie zauważam, kiedy nas deportuje, a robi to. Ląduję w jego pokoju, na czarnej, miękkiej pościeli. To duży dom, w którym czuję się bezpieczna. Dracon popycha mnie na kołdrę, i już nie płaczę. Obdarowuje mnie całusami, raz za razem, coraz bardziej czułymi i intymnymi, zdejmując koszulkę. Wciągam go pod kołdrę i dzieje się to, co Mugole powtarzają, że powinno się robić dopiero po ślubie (chociaż oczywiście robią to zapewne już wcześniej, i tylko gadają tak, żeby brano ich za przyzwoitych).
ROSALIA: