Dawid ^^ (tak, wiem, imię polskie, ale jak zaczęłam się bawić robieniem tej postaci, walnęłam się, i już tak zostało)
Rozdział
trzeci.
Pechowiec
czy szczęściarz? A może to ona...?
Całuję
Dracona delikatnie w głowę. To pierwszy „legalny”, a zarazem
drugi dzień, kiedy jestem u nich. Idę na samotną przechadzkę po
lesie, po drodze dużo płaczę. Boli mnie głowa, nie wiem, co
gorsze – to, że od rana zaczynam podejrzewać, iż jestem w ciąży,
czy to, że zabiłam człowieka? Decyduję, że to drugie. Fakt, iż
zabiłam żywego człowieka, posiadającego rodzinę, a potem
czarownicę będącą nauczycielką mugoloznastwa, tylko ze względu
na mojego ojca, szokuje mnie i ogłusza.
Już
prawie jestem gotowa do deportacji, kiedy jakiś chłopak łapie mnie
za łokieć. Jestem bliska dania mu w twarz, za to, że miał
czelność mnie dotknąć, ale gdy odwracam się, dostrzegam w jego
oczach cechę niezwykłą, która zatrzymuje mnie od uderzenia go.
Jest kuszący, uśmiecha się władczo, pewien swojego. Doskonale
wiem, że to czarodziej, Mugole nie przychodzą do tego lasu. Patrzę
na niego w sposób pytający, jestem ciekawa, co ma mi do
powiedzenia.
-
Kto ci pozwolił mnie dotknąć? - warczę na chłopaka, wściekła.
-
Nikt – odpowiada. - Ale tak dawno nie widziałem człowieka...
Jestem już spragniony jego widoku, zapachu, dotyku...
-
Ogarnij się – żądam.
Parska
śmiechem na moje słowa, choć mówiłam je całkiem poważnie.
Patrzę na niego zagadkowo, a on mnie przyciąga do siebie. Nie
wyrywam się, ja też pragnę bliskości. Żaden człowiek poza
Draco, może trochę Amelia, nie miał wstępu do mojej krainy, może
warto by to było zmienić.
-
Ogarnij się – powtarza jak echo, kuszącym głosem, zaplatając
kosmyk moich włosów na swój palec. - Co to oznacza? Naucz mnie
świata, piękna...
-
W ogóle, jak masz na imię?
-
Imię? Mów mi Bezimienny. Jesteś pierwszym człowiekiem od
szesnastu lat, jakiego widziałem. Takie błahe sprawy jak imię
wypadło mi z głowy. No... chyba, że ty nadasz mi imię, Rosalio.
Słyszałem trochę o tobie... Widzisz, ściany mają uszy...
-
Nie musisz mi tego mówić, doskonale o tym wiem – mimowolnie się
uśmiecham. - A więc nadać ci imię? Spoko. Jak dla mnie wyglądasz
na Dawida.
Nie
wiem, skąd mi się wzięło to imię. Chłopak wygląda jednak na
zadowolonego, więc nie zamierzam zmieniać mu imienia. Patrzy na
mnie nadal wyczekująco, a ja nie mam pojęcia, o co mu chodzi.
Dopiero po chwili się orientuję, że w dalszym ciągu czeka na
nazwisko. Mimowolnie kiwam głową.
-
Od dzisiaj jesteś Dawid Night, a może wolisz być Dawidem Forest?
-
Dawid Night mi się podoba – odpowiada chłopak, przyciągając
mnie do siebie.
Nie
opieram się pocałunkowi, tylko się w nim zatracam. Nikt, nawet
Draco, mnie tak nie całował. Nasze usta bez pośpiechu wyszukują
swój rytm, ręce znajdują odpowiednie miejsce na swój pobyt.
Chłopak dotyka swoimi rękami mojej talii, chwilę potem lekko
zjeżdża prawą ręką w dół, a lewą ręką w górę –
zatrzymuje się na karku. Ja dotykam delikatnie swoimi dłońmi jego
umięśnionej klatki piersiowej. Wszystko traci sens, całe moje
życie, mam przed sobą tylko przyszłość i teraźniejszość,
przeszłość już nic nie znaczy. Wolę nie myśleć, co powiem
Draco, nie umiem. Nie chcę go ranić, ale właśnie zrozumiałam, że
te wszystkie lata, które spędziliśmy razem, były jak kłamstwo,
zaspokajające chwilowy głód, a nie sycący. Nie zakochałam się w
nim od pierwszego wrażenia. Nie zakochałam się w nim nigdy. To
wszystko.... to wszystko było zauroczeniem, podziwem. A Dawid
sprawił, że zyskał moje serce od pierwszego wejrzenia. Tak czy
siak, w końcu zyskaliśmy swój rytm. Najpierw delikatnie muskaliśmy
swoje usta, rozchylając je do minimum, potem rozchylaliśmy szerzej
i szerzej, aż wreszcie zaczęłam badać swoim językiem jego język.
Wiedziałam, że się uśmiecha. To był mężczyzna, z którym
chciałam spędzić życie, i wiedziałam to już teraz. Wydawało mi
się, iż znam go dużo dłużej, ale to przecież niemożliwe.
Uśmiechnęłam się delikatnie, kończąc pocałunek. Patrzyłam mu
przez chwilę w oczy, potem się odsunęłam.
-
Jesteś Śmierciożercą? - zapytałam najnaturalniejszym na świecie
tonem, jakbym go nigdy nie całowała.
Patrzy
przez chwilę na mnie nieobecnym wzrokiem. Patrzę na niego, próbując
zrozumieć jego spojrzenie, wyczytać jego myśli, aż w końcu
odzywa się cicho:
-
To skomplikowane.
Krzyżuję
ręce na piersi. Nie podoba mi się to, że mnie tak spławił. Nie
chcę zachowywać się jak dziecko, czy opiekuńczo, ale z drugiej
strony w tym momencie nie potrafię zachować się inaczej. Na
pocieszenie, można to nazwać ewentualnie upierdliwością.
-
Nic nie jest skomplikowane, Dawidzie – mówię. - Tylko ludzie nie
potrafią czegoś zrozumieć.
-
W porządku – odpowiada. - Nie jestem Śmierciożercą, acz
poplecznikiem twojego ojca.
Patrzę
na niego zdumiona. Jak można być poplecznikiem Voldemorta nie będąc
Śmierciożercą? Nie zadaję jednak pytań – wiem, że w dalszej
części rozmowy się tego dowiem.
-
Zostałem wychowywany w lesie, ponieważ pogryzł mnie wilkołak.
Teraz mam dwadzieścia sześć lat, czyli jestem starszy od ciebie o
osiem lat. Kiedy miałem lat czternaście, poznałem twojego ojca.
Był duchem, błąkającym się po ziemi. Zaopiekował się mną.
Potem ciągnąłem się za nim, aż Quiriell znalazł go. Przez te
wszystkie lata zdążyłem go zrozumieć, poznać, zaprzyjaźnić się
z nim. Dlatego jestem teraz jego poplecznikiem. Ofiarowywałem mu
tylekroć swoje ciało, ale on odpowiadał, że traktuje mnie jak
syna, nie może mi tego zrobić. Rose... on był dla mnie mentorem,
guru, osobą, która mnie rozumiała, która się mną opiekowała.
Chciałem potem do niego dołączyć, błąkałem się, nie mogąc go
znaleźć. Aż w końcu wpadłem w ciebie. I się zakochałem. Mam
wrażenie, jakbym znał cię dłużej, niż cię znam. Proszę,
zabierz mnie ze sobą, gdziekolwiek pójdziesz.
Kiwam
głową. Zaprowadzę go do ojca. Ale co ja powiem Draconowi? Gdyby
Dawid nie stał przy mnie, waliłabym głową w ścianę, zawstydzona
swoją głupotą i wściekła na siebie. Przełykam ślinę,
odsuwając się od chłopaka.
-
Pomogę ci znaleźć mojego ojca.
Uśmiecha
się radośnie, niczym szczeniak. To ładny widok i chętnie
patrzyłabym na niego dłużej, ale nie mam czasu. Za pół godziny
zaczyna się moja pierwsza lekcja, a ja jestem wciąż głodna.
Łapię
go za rękę i teleportuję się do mojego domu, gdzie od razu
zaczynam „opróżniać” lodówkę. Kiedy kończę, Voldemort
wchodzi i patrzy na mnie wyczekująco. Wiem, o co mu chodzi –
zdecydowanie powinnam zjeść o połowę mniej, nie wiadomo, co ma
dla mnie przygotowane, a może jeszcze zwymiotuję. No cóż,
przynajmniej będę miała czym. Patrzy również na naszego gościa
– wzrokiem pytającym, po raz pierwszy w naszym domu pojawił się
chłopak, który nie jest Draconem. Nie wiem, czy jest zadowolony z
tego nagłego obrotu spraw, czy też nie.
-
Na początku – zaczyna Voldemort, odsuwając krzesełko i patrząc
na mnie – powiesz mi, kim jest ten chłopak. – Kiwa głową na
Dawida, a ja wstrzymuję się od tego, by zwrócić mu cierpko uwagę,
że nie wytyka się, ale jakoś udaje mi się wstrzymać.
-
Panie – Dawid od razu klęka przed ojcem – jestem twoim nowym
poplecznikiem, a zarazem najlepszym przyjacielem. Bezimiennym.
-
Bezimienny? - wykrzykuje radośnie Voldemort. - To zupełnie zmienia
postać rzeczy. Kopę lat, chłopie!
Po
raz pierwszy widzę, jak kogokolwiek TULI. Patrzę na to zszokowana,
żałując, iż nie mam aparatu. Zrobiłabym mu zdjęcie.
Przez
chwilę po prostu się ściskają. Już myślę, że mogę iść, a
ojciec odwołuje wszystkie lekcje, kiedy siada i patrzy mi uważnie w
oczy. Dawid cicho przykuca koło mnie i łapie moją rękę pod
stołem. Czuję się jak zdrajczyni, chociaż Voldemort nie jest
Draconem. Ale jego uśmiech, kiedy dowiaduje się o naszych
splecionych rękach pod stołem jest bezgraniczny i szczęśliwy,
przez co czuję się jeszcze gorzej.
-
A więc udało ci się posiąść moją córkę, Nienazwany?
-
Czy ja wiem... Posiąść raczej nie, bo to nie jest przedmiot. Ale
można by powiedzieć, że zakochałem się w niej od pierwszego
wejrzenia.
-
Och, to cudowne! Jej poprzedni chłopak, Draco... nie wiem, czy o nim
słyszałeś... pochodził z rodziny Malfoy'ów.
-
Tych Malfoy'ów? - pyta oszołomiony Dawid.
Nie
wiem, co nagadał mu ojciec, ale jego twarz przybiera wyraz
oburzenia. Aczkolwiek może to z powodu tego, iż nie powiedziałam
mu, że mam chłopaka. Albo że miałam. Jednak wzgarda, którą po
chwili widać w jego oczach, nie pasuje do ataku na mnie. To czysta
nienawiść, jaką widzę czasem w oczach ojca przed zabiciem ofiary.
-
Tak, tych Malfoy'ów.
-
Co za … – przez chwilę z jego ust wydobywa się potok
obraźliwych słów, zapewne skierowanych pod adresem Dracona.
Zatykam uszy dłońmi, nie mam ochoty tego dłużej słuchać.
Tak
czy siak, pospiesznie wychodzę z tego pokoju i zamykam się w
sypialni, a za mną, jak gromkie echo, wydobywa się donośny głos
ojca: „Dziś lekcje odwołane! Jutro o ósmej w Zamku Hogwart!”.
Ale już tego nie słyszę, zbyt zajęta planem ucieczki. Nie mogę
przeżyć niczego, co ma związek z ojcem, nieważne, czy to obecna,
czy też stara sprawa. Po prostu nienawidzę tego człowieka i nie
chcę mieć z nim nic do czynienia. Pospiesznie pakuję walizkę i
macham różdżką. Nic nie myślę, i przez chwilę mam nadzieję,
że wyląduję w niebycie, ale moje marzenie się nie spełnia – w
ostatnim momencie przez myśl przechodzi mi twarz jedynego człowieka,
który mnie od zawsze rozumiał, przynajmniej w sprawie mojego ojca.
Harry Potter i jego głupia paczka przyjaciół – rudowłosy,
biedny Ron oraz panna Wiem-To-Wszystko. To jednak właśnie o tym
pierwszym myślę, i przenoszę się pod jego dom, na Privet Drive.

