Together
Rozdział
pierwszy,
który
jest zarazem swego rodzaju prologiem.
Kolejny
krzyk, kolejny płacz. Powinnam się już do tego przyzwyczaić, ale
jakoś nie potrafię. Martin kuli się w kącie swojego pokoju, to on
był przyczyną zamieszania. Podchodzę do niego i bez słowa tulę
się do brata. Odwzajemnia niepewnie uścisk. Kręci zaraz głową.
-
Nie rozumiem tego – mówi.
Przytulam
się do niego mocniej. Kiwnięciem głowy i podniesieniem prawej brwi
zachęcam go do tego, by mówił dalej.
-
Myślałem, że kiedy wróci tata, wszystko będzie normalnie. A tu
proszę – gorzej niż z matką.
Zgadzam
się z nim w stu procentach, ale ojciec mówi, że nie wolno tak
myśleć. Mimo to jednak kiwam głową i szeptem mówię „Ja też”.
Głośniejsze stwierdzenie jest nie tylko nie wskazane, ale też
niebezpieczne. Ojciec mógłby usłyszeć, a za to groziłaby poważna
kara.
W
tym samym momencie wszedł „wilk”. W normalnych okolicznościach,
gdyby na jego miejscu był każdy inny człowiek, żartowałabym z
tego, zresztą on też.
-
No proszę. Mówiłem coś o okazywaniu uczuć w tym domu,
nieprawdaż, Rosalio? A może to Martin ma coś do opowiedzenia? -
obserwuje nas ostro, ze złością. Jest bardzo źle, gorzej, niż
mogłabym to sobie wyobrazić.
-
W naszym domu nie wolno tego robić – szepcę. - Zabroniłeś. Ja
wiem, tylko...
-
Tylko że jesteś kruchym, marnym człowiekiem, prawda, Rose? - Nie
umie gniewać się na mnie długo, ani nawet mnie skrzywdzić, więc
to ja staję w obronie nas dwojga, a ojciec, zamiast bawić się
różdżką, by kontrolować wybuch swej złości (a potem i tak
rzucić zaklęcie), ściska różdżkę dla pokazania, że jest
groźny, o wiele groźniejszy, niż to mogę sobie wyobrazić.
Kiwam
głową – nie mogę zrobić nic innego, bo to by go zdenerwowało.
Nie boję się go, to ja tu jestem potężniejsza, ale chcę mu
pokazać, że tak wcale nie myślę i tak nie jest. Jestem
zdecydowanie dobrą aktorką. Nawet gdy nie chcę grać według
wyuczonego scenariusza, tylko improwizować, i tak robię to
pierwsze, sprzeciwiając się samej sobie.
-
Mówiłeś – przytakuję. - Ale czy nie mieliśmy być wolni? Czy
nie tego nam obiecywałeś? Kiedy powtarzałeś, że kiedy Mugole
znikną, świat będzie wolny. Ale może zacznijmy od naszego domu?
Tu nie ma wolnoś...
-
ZAMILCZ!!! - drze się ojciec, a ja mam wrażenie, że od tego
głośnego wrzasku uszy zaraz będą w kryzysowej sytuacji.
Martin
zaczyna się trząść ze strachu, ale ja tylko obserwuję wszystko
szeroko otwartymi oczyma. Uśmiecham się delikatnie, z wrodzoną
wyższością.
-
Rose... - Moje imię w jego ustach brzmi nienaturalnie. Przełykam
cicho ślinę, czekając na ciąg dalszy, który i tak już od
pewnego czasu dobrze znam. - Okazywanie uczucia zawsze będzie czymś,
co jest oznaką słabości. Ludzie słabi...
-
Nieprawda! - krzyczę. - Okazywanie emocji nie zawsze prowadzi do
klęski. Czasem nawet jest oznaką odwagi!
-
Może – wzdycha.
-
Może co? - pytam naburmuszona.
-
Może kiedyś tak było – odpowiada. - Ale odkąd ja rządzę...
-
Ale odkąd ja rządzę... – przedrzeźniam go. - Chyba ci się w
główce pomieszało. – Kręcę głową z dezaprobatą.
-
Przypominasz do złudzenia mnie, Rose. - Nagle jego emocje obróciły
się o sto osiemdziesiąt stopni.
Wzdrygam
się. Nie chcę go przypominać, ale nie potrafię zmienić swojego
charakteru. Jeszcze gorzej, bo się delikatnie uśmiecha. Opuszcza
różdżkę i chowa ją w kieszeni spodni dżinsowych (dlaczego on w
ogóle je nosi? Zawsze wyobrażałam go sobie jako zdecydowanego
czarodzieja noszącego czarną, zwiewną szatę, a nie dżinsy i
T-shirt. Trzeba porozmawiać z matką, żeby kupowała mu inne
ubrania). Podchodzi do mnie i łapie mój długie, gęste czarne
włosy splecione w misterny warkocz swoimi długimi smukłymi palcami
w kolorze tak białym, jak śnieg.
-
Ja też byłem kiedyś taki – kontynuuje, zabierając rękę, a ja
mimowolnie wzdycham z ulgą.
Pozwalam
mu mówić dalej, i tylko patrzę się na niego z wściekłością.
Zdecydowanie nie chcę ponowić takiej sceny, ale teraz nie mam
wyboru.
-
Nienawidzę cię – szepczę.
Uśmiecha
się szeroko i tuli mnie do siebie. Stoję wyprostowana jak struna, a
on delikatnie gładzi mnie po plecach.
-
Tylko tak ci się wydaje – mówi. - Teraz mnie nienawidzisz, ale
potem będziesz wdzięczna. Za to wszystko.
Wyrywam
się z uścisku, patrzę na niego jak na szaleńca. Śmieje się, a
ja serdecznie mam tego dość. Wyciągam różdżkę, podaję rękę
bratu, by umożliwić mu wstanie, i pospiesznie wychodzę z pokoju.
Naprawdę chciałabym odskoczyć od scenariusza i zakończyć to już
teraz, ale wiem, że nie mogę. Nawet to by nic nie dało, a tylko
straciłabym jego zaufanie. Biegnę do pokoju i wybucham donośnym
szlochem.
Muszę
się komuś wyżalić, podzielić z kimś moją frustrację, z kimś,
kto by mnie zrozumiał. Wyciągam więc telefon. Pierwsze, co mi
przychodzi do głowy, to zadzwonić do Dracona. Wybieram dlatego jego
numer (obydwoje mamy telefony komórkowe, o których nie wiedzą nasi
rodzice; od zawsze fascynuje mnie świat technologii Mugoli) i
dzwonię.
-
Draco? - chlipię do telefonu.
-
Skarbie? - pyta Draco. - Co się stało?
-
Ja... ja potrzebuję cię. Teraz... W moim pokoju. Albo ja w twoim.
Draco, proszę, nie spławiaj mnie... Tylko ty możesz mi pomóc...
-
Będę za pięć minut – obiecuje i rozłącza się.
Siedzę
na łóżku i płaczę. Moje ciało robi się całe czerwone od
płaczu. Kiedy Draco aportuje się w moim pokoju, nie umiem już nic
powiedzieć. Tuli mnie mocno i całuje w głowę, powtarza, raz za
razem, że wszystko będzie dobrze, ale ja wiem, że nie będzie.
-
Ojciec – udaje mi się wyszeptać. - Kolejna awantura. Mam tego
dooość. - Przez płacz dostaję czkawki.
-
Zamieszkaj u mnie. Nie będziesz miała takich problemów –
proponuje całkiem serio.
-
Ale Draco... - mówię, chociaż nie mam argumentów.
-
Zamieszkaj – śmieje się, a ja już wiem, że będę bezpieczna.
-
Kocham cię – szepcę. - Ale zamieszkam tylko na trzy dni.
-
Dobrze – odpowiada, i całuje mnie w czubek głowy. - Tylko na t r
z y dni, o ile tego chcesz.
-
Jesteś najcudowniejszym chłopakiem na świecie – uśmiecham się
przez łzy, i ocieram je dłońmi.
-
Wiem – odpowiada, a potem muska moje wargi swoimi.
Odpowiadam
tym samym, i całujemy się przez parę minut. Nawet nie zauważam,
kiedy nas deportuje, a robi to. Ląduję w jego pokoju, na czarnej,
miękkiej pościeli. To duży dom, w którym czuję się bezpieczna.
Dracon popycha mnie na kołdrę, i już nie płaczę. Obdarowuje mnie
całusami, raz za razem, coraz bardziej czułymi i intymnymi,
zdejmując koszulkę. Wciągam go pod kołdrę i dzieje się to, co
Mugole powtarzają, że powinno się robić dopiero po ślubie
(chociaż oczywiście robią to zapewne już wcześniej, i tylko
gadają tak, żeby brano ich za przyzwoitych).
