Rozdział
drugi.
Posiedzenie
Śmierciożerców.
Kolejnego
dnia Dracon budzi mnie czułym pocałunkiem w szyję. Nawet nie
zauważyłam, że spaliśmy razem, w jednym łóżku. Na pewno mocno
się na niego pchałam, myślę. Przecieram oczy. Jestem w jego
pokoju. Przypominam sobie, że miałam tu spędzić jeszcze dwie
noce, ale sądzę, że ojciec zabierze mnie już dziś wieczorem, po
zebraniu ze Śmierciożercami w domu Malfoy'ów. Przyciskam się do
ukochanego.
-
Zabrałem wczoraj jakąś sukienkę, była w twojej szafie. Mam
nadzieję, że dobra – mówi.
Mam
ochotę dalej leżeć w ramionach lubego, ale wstaję. Biorę
sukienkę, która leży na stoliku z jasnobrązowego drewna dębowego.
Zdejmuję z siebie ubrania, i staję przed szafą. Wkładam do niej
sukienkę, bo wiem nader doskonale, że Dracon ma parę dżinsów i
szortów w moim rozmiarze – dałam mu je kiedyś właśnie na taką
okoliczność.
Zdejmuję
bluzkę, i Dracon patrzy na mój biustonosz od tyłu. Grzebię chwilę
w szafie i wyjmuję jego koszulę. Zakładam ją na siebie – sięga
mi do pół uda. Chwilę potem ściągam dżinsy i zakładam te
szorty, o których mówiłam. Biorę jego szczotkę i rozczesuję
sobie włosy. Chwilę potem Dracon stoi przed szafą, a ja ścielę
łóżko. Kiedy już kończę, siadam na nim (Dracon ma rozkładaną
kanapę). Dracon założył już spodnie, teraz zakładał na siebie
T-shirt.
Zapina
pasek, kiedy podchodzę do niego i muskam swoimi wargami jego wargi.
Pieszczotliwie gryzę go delikatnie w dolną wargę, i wiem, że po
jego plecak przechodzi właśnie dreszcz rozkoszy. Ja mam tak samo.
-
Kocham cię – szepcę, łącząc swoje dłonie z jego dłońmi.
-
Ja ciebie też – odpowiada od razu, mechanicznie.
Siada
na kanapie, a ja zajmuję miejsce koło niego. Wciągam bose stopy na
kanapę, tuląc się mocniej do ukochanego.
-
Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła – kontynuuję, całując go w
ramię. - Jesteś najlepszy. Gdybym mogła...
-
Zamieszkaj ze mną – mówi nagle, przerywając mi rozważania. -
Zamieszkajmy razem. Proszę cię – całuje mnie w usta,
uniemożliwiając dalszą rozmowę.
-
Ja... Draco... ja nie wrócę do Hogwartu – odpowiadam od razu.
-
Ja też nie – kręci głową.
-
Draco... ty... ty nie rozumiesz... - jęczę. Nie chcę o tym
rozmawiać, a właśnie muszę. - Ja nie wrócę do domu. Dostałam
zaproszenie na ślub Billa i Fleur. Nie chciałam ciebie zabierać,
bo: po pierwsze – Weasley'owie cię nie lubią, a, po drugie –
nie wrócę później. Ani do ciebie do domu, ani do mojego domu.
Nigdzie. Ja... ja nie wiem, czy my się znowu spotkamy. Sądzę, że
zobaczysz mnie na wielkiej Bitwie. Nie wiem, gdzie i kiedy, ale
będziemy stać po przeciwnych stronach. Draco... - chlipię – ja
przepraszam. Ale... nie mów o tym nikomu, dobrze?
Kiwa
głową i całuje mnie w policzek. Robi to tak, jakby robił to po
raz ostatni, ale to nie jest takie cudowne jak sobie wyobrażałam.
Za wiele niepokoju i lęku w tym pocałunku. Za mało wiary we mnie.
Więcej troski i ochoty ochronienia mnie własnym ciałem. Tylko, że
ja też chcę go ochronić w ten sam sposób.
-
Nie powiem nikomu – obiecuje, i wiem, że dotrzyma słowa.
Kiwam
głową i znowu go całuję, a kiedy wchodzi jego matka, by obudzić
syna, jesteśmy w jego łazience, zajęci sobą. Nie otwiera drzwi,
ale odsuwamy się od siebie, i cicho dyszymy. Nie mogę nic poradzić
na hormony, ale przynajmniej jestem z właściwym młodzieńcem i to
jest powód do radości.
***
Kroczę
korytarzem, zlękniona. Głośno przełykam ślinę. Zebranie się
jeszcze nie zaczęło, a ja jestem przerażona. Voldemort siedzi już
na jednym z krzeseł, ubrany w czarną szatę, po której można go
rozpoznać. Wszyscy zebrani również mają na sobie czarne, długie
szaty, nawet Draco. Tylko mi, córka Voldemorta, wolno ubierać się
tak, jak zechcę. Krzesełko ojca stoi na tle marmurowego kominka.
Oba miejsca koło niego są jeszcze wolne, dopiero drugie od jego
lewej strony i trzecie od prawej jest zajęte – po lewej przez
Martina, od prawej przez rodzinę Dracona i samego Draco.
-
No proszę, kogoż my tu mamy? - woła na mój widok wysokim,
donośnym głosem, jaki przybiera zawsze podczas pracy.
Spuszczam
głowę. Nie chcę rozmawiać o tym, co robiłam przez czas, kiedy go
nie było. I u kogo byłam.
-
Przynajmniej pojawiłaś się na zebranie – zauważa, i poklepuje
ochoczo miejsce koło siebie. - No proszę, córeczko, usiądź.
Przerażona
zajmuję miejsce po prawej. Łykam głośno ślinę po raz drugi.
Dracon chwyta moją rękę w pocieszającym uściskiem pod stołem,
ale nawet to nie sprawia, że czuję się bezpieczna.
Nad
stołem lewituje jakaś kobieta, wisi głową w dół, nieprzytomna.
Staram się na nią nie patrzeć, jestem już do tego przyzwyczajona.
Reszta, powoli przybywająca, tylko zerka na nią ukradkiem wchodząc,
a potem już nie zwraca na nią uwagi. Też się staram, nawet
wychodzi mi to. Największe problemy ma z tym Dracon, nad którym
wisi. Stara się, żeby reszta tego nie widziała, ale my i tak
zdajemy sobie sprawę z tego, że co chwila dyskretnie obserwuje ją
ukradkiem.
Z
tego co rozumiem, czekamy tylko na Yaxley'a i Snape'a. Kiedy są
niemalże dwie minuty do ustalonego rozpoczęcia zebrania, wchodzą.
Zamykają metalowe drzwi, które głośno uderzają z trzaskiem o
siebie, zamykając się.
-
Yaxley, Snape – wita się ojciec, kiedy tylko słyszy ich kroki. -
Zaczynałem się martwić, że nie przyjdziecie. Prawie się
spóźniliście.
Nowo
przybyli Śmierciożercy robią ukłon przed moim ojcem. Uśmiecham
się delikatnie z świadomą wyższością – tylko ja, jako równa
mojemu ojcu, mogłam się nie kłaniać. Nawet Martin musiał.
-
Tutaj, Severusie – ojciec wskazuje krzesełko po swojej lewej
stronie. - Zająłem ci miejsce. A ty Yaxley... możesz usiąść
koło Dołohowa.
Obydwaj
mężczyźni zajmują wskazane miejsca. Patrzę uważnie na Snape'a,
i syczę „zdrajca i szpieg”, za co ojciec patrzy na mnie ostro,
wściekły, i każe się uciszyć. Wszystkie spojrzenia ze mnie
przenoszą się na Snape'a. To on pierwszy będzie mówił.
-
No więc? - pytam przed ojcem, i krzyżuję ręce na stole. Opieram
na nich podbródek, udając zainteresowanie. - Jakie wieści
przynosisz?
-
To się stanie w przyszłą sobotę. Gdy zapadnie noc. Wówczas Zakon
Feniksa przeniesie Harry'ego Pottera z jego obecnej kryjówki, tak
jak rozmawialiśmy na poprzednim zebraniu.
Niektórzy
nieruchomieją. Ja sama zakładam nogę na nogę pod drewnianym,
długim stołem, a ojciec patrzy uważnie na mnie, myśląc nad
słowami Snape'a. Reszta zebranych patrzy na Snape'a, niektórzy na
ojca, a nieliczni także na mnie.
-
W sobotę... gdy zapadnie noc? - powtarzam.
Oczy
mojego ojca, w kolorze jaskrawej czerwieni, który niestety
odziedziczyłam, przenoszą powolnie wzrok ze mnie na czarne oczy
Snape'a, szukając potwierdzenia. I znowu emocje były wszędzie –
niektórzy przenieśli wzrok, głównie patrząc na mnie. Pewnie się
bali, że spopieli ich żar tego spojrzenia. Snape nie opuścił
jednak głowy, patrząc spokojnie na mnie. Ja także obserwowałam
go, to mnie należało się bać, to ja byłam bezwzględna i gotowa
zabić wszystkich Śmierciożerów, oprócz mojego Dracona, kiedy
okaże się, że kłamali. Wykrzywiam wargi w delikatnym,
zainteresowanym uśmieszku.
-
On nie kłamie – szepczę do ojca.
On
także wykrzywia wargi w uśmiechu. Ten grymas przypomina mój
uśmiech, a ja jestem sparaliżowana ze strachu – zbyt wiele
podobieństw.
-
Dobrze, bardzo dobrze – mówi ojciec.
Ja
jeszcze jestem jednak podejrzliwa. Przenikam wzrokiem Snape'a,
szukając jakichkolwiek źródeł informujących o kłamstwie.
Przymykam na chwilę oczy, i zaraz potem je otwieram. Słyszę myśli
Severusa, przenika mój umysł informując mnie, że jesteśmy po tej
samej stronie, chcemy obronić Harry'ego, a przynajmniej, jeśli te
pierwsze okaże się niemożliwe, zabić Voldemorta. Przełykam ślinę
i gram dalej dla pozorów:
-
Skąd pochodzi ta informacja, Severusie?
Wolno
mi na wiele więcej niż w szkole, i od razu to wykorzystuję. Snape
poprawia się na krzesełku i kładzie dłonie na stole.
-
Ze źródła, o którym w trójkę... ja, ty, i twój ojciec,
rozmawialiśmy po zeszłym zebraniu Śmierciożerców.
-
Czarni Władcy! - tym oto pseudonimem posługujemy się ja i mój
ojciec, kiedy chodzi o nas obu.
To
Yaxley się odzywa, wychylając się zza stołu. Cały czas był
wpatrzony we mnie, a ja zaczęłam się obawiać, że rozpoznał moje
myśli. Wszystkie spojrzenia przeniosły się na niego.
Voldemort
milczy, dobrze wie, że odpowiem za niego. Spryciarz.
-
Słuchamy – mówię ostro; nie lubię, kiedy ktoś się wcina
wtedy, kiedy powinnam szeptem naradzić się z Voldemortem.
-
Pani, ja słyszałem coś innego. - Teraz wyłączył z rozmowy
Voldemorta, który był niezainteresowany rozmową z nim. Ja także,
ale nie wypadało mu tego okazać.
-
A więc? Co słyszałeś... - Jego nazwisko wypada mi z głowy.
-
Yaxley – podpowiada mi ojciec.
-
Wybacz, pamiętam tylko najważniejszych Śmierciożerców. - Kiedy
kończę to mówić, dookoła wybucha śmiech, tylko Yaxley patrzy na
mnie z zawiścią. Nawet Voldemort się śmieje, chociaż sądziłam,
że trudno go będzie zachęcić do tak prozaicznej czynności jak
śmiech.
-
Auror Dalwish zdradził mi, że Pottera przeniosą dopiero
trzydziestego, w noc poprzedzającą jego siedemnaste urodziny.
Uśmiecham
się, Snape również. Tylko ojciec ma spokojną, opanowaną minę
nie zdradzającą żadnych emocji, które w nim panują.
-
Według mojego źródła zamierzają nam podsunąć fałszywy trop.
To pewnie właśnie ta informacja. Sądzę, że na Dawilsha rzucono
zaklęcie Confundus. I to nie po raz pierwszy. Wiadomo, że mu nie
ufają – mówi Severus, odpychając się od stołu. Siedzi na
krzesełku, więc wygląda to dość dziecinnie.
-
Zapewniam was, Czarni Władcy, że Dalwish był tego absolutnie
pewny.
-
To całkiem naturalne, skoro był pod działaniem Confundusa –
mówię, kładąc dłonie na stole. - I zapewniam ciebie, że moje, a
więc najważniejsze, źródło, powtarza, że Biuro Aurorów zostało
już wyłączone z opieki nad Harrym Potterem. Zakon słusznie
podejrzewa, że infiltrujemy ministerstwo, ale za to nie podejrzewa,
że Zakon jest infiltrowany przeze mnie – uśmiecham się szeroko.
- Prawda, Snape? Powiedz, kto stał za firanką w zeszłym tygodniu?
- jeszcze szerszy uśmiech. - Jakoś nie było ci spieszno do
wyratowania mnie, przez co straciliście jednego z waszych, nim się
deportowałam.
Wokoło
rozlega się śmiech. Yaxley dalej patrzy na mnie nie ufnie, za to
Snape jest wściekły, że podważyłam jego słowa. I że
zdradziłam, iż mnie nie wyratował.
-
Sądziłem niesłusznie, że dasz sobie radę – odpowiada.
-
Niesłusznie? - uśmiecham się. - Zabiłam jednego z waszych!
Poradziłam sobie o wiele lepiej, niż myślałeś, że dam sobie
radę, Severusie.
Snape
ma dalszą ochotę się ze mną kłócić, ale Voldemort przerywa
przekomarzankę głośnym „dość”. W jego służbowym, donośnym
i przenikliwym głosie brzmi to o wiele straszniej, niż gdyby zrobił
to w domu, chociaż i tam pewnie nieźle by mnie zląkł.
-
Czarni Władcy. - Yaxley upierdliwie zaczął ciągnąć dalej ten
wątek, niezrażony naszą rozmową i ukradkowymi spojrzeniami,
jakimi go darzyliśmy. - Dalwish twierdzi, że w przeniesieniu
chłopca wezmą udział wszyscy aurorzy...
Podnoszę
rękę, i widzę, że mam białą skórę. Obserwuję go przez chwilę
przenikliwym spojrzeniem swoimi jaskrawoczerwonymi oczami. Kiwam
głową na Snape'a, by mówił dalej.
-
Powiedz mi... Severusie... dokąd zamierzają przenieść Harry'ego?
-
Do domu jednego z członków Zakonu – odpowiada.
-
Czyżby do Nory?
-
Być może. Byłaś tam?
-
Oczywiście. Ja z Harrym... udawany romans – uśmiecham się znowu,
a wszyscy dokoła rechoczą, a Voldemort uśmiecha się z udawaną
dumą. - Proszę, mów dalej.
-
A więc, według mojego źródła Nora... czy inny dom... będzie
miał zapewnioną wszelką ochronę, na jaką stać Zakon i
ministerstwo. Uważam, że kiedy chłopak już tam się znajdzie,
trudno go będzie stamtąd porwać, chyba że uda nam się opanować
ministerstwo przed przyszłą sobotą i wykryć dość
zabezpieczających dom zaklęć, by przełamać resztę.
-
Co ty na to, Yaxley? - woła ojciec, a w jego czerwonych oczach
przypominających szparki węża rozbłyska żar. Wszystkie
spojrzenia przenoszą się na wywołanego z nazwiska Śmierciożercę.
- Uda nam się opanować ministerstwo przed przyszłą sobotą?
Ja
także ciekawie przyglądam się mężczyźnie, złakniona
odpowiedzi. Odkąd Voldemort zadał te pytanie, zaczęło mnie one
frustrować. Ze zdziwieniem odkryłam, że aktualnie stoję po jego
stronie. Dopiero później będę tego żałować.
Yaxley
świadomie unika mojego spojrzenia, podobnie jak spojrzenia mojego
ojca. Można by pomyśleć, że boi się naszych spojrzeń wlepionych
w niego. Właściwie to patrzy na postać, o której wszyscy oprócz
Dracona na pewno już zapomnieli. Dopiero po jego spojrzeniu
przypomina mi się, że kobieta nadal tam wisi.
Śmierciożerca
równie świadomie unika mówienia o mnie. Boi się wymienić mojego
imienia. O wiele bardziej podoba mu się zwracanie bezpośrednio do
mojego ojca.
-
Panie mój, mam dobrą wiadomość w tym względzie. Udało mi się...
z trudem i olbrzymim wysiłkiem... rzucić zaklęcie Imperius na
Piusa Thicknesse'a.
Prawie
wszyscy są pod wrażeniem. Dołohow klepie go po plecach z uznaniem.
Uśmiecham się jednak z wyższością. To nie robi na mnie wrażenia.
Wiem, że na moim ojcu również, ale jest zbyt zmęczony, by
powiedzieć cokolwiek.
-
Tak, to dobra wiadomość – chwalę go cicho, głosem, który
przeraża niejednego – ale jeden Ticknesse to za mało. Zanim
zaczniemy działać... to znaczy, głównie ja i mój ojciec...
Scrimgeoura MUSZĄ otoczyć nasi ludzie. Wystarczy jeden nieudany
zamach na życie ministra, a zniszczy to tak dużo, że szkoda mówić
– kręcę głową.
-
To prawda... ale przecież wiesz, że...
-
Pani! - upominam go automatycznie – mówienie do mnie i Voldemorta
po imieniu było znakiem, że tej osobie brak szacunku (pomijając
niektórych).
-
A więc, Pani przecież wie, że Ticknesse, jako szef Departamentu
Przestrzegania Prawa Czarodziejów, ma regularne kontakty nie tylko z
samym ministrem, ale i z szefami innych departamentów. Sądzę więc,
że będzie całkiem łatwo, skoro już mamy kontrolę nad tak wysoko
postawionym urzędnikiem, podporządkować sobie innych, tak by
wszyscy działali na rzecz obalenia Scrimgeoura.
-
Pod warunkiem, że nie zdemaskują Thicknesse'a zanim przeciągnie
resztę na naszą stronę – popiera mnie ojciec. Jego głos jest
zimny i ostry, taki, jaki zawsze przybiera w pracy. - W każdym razie
wydaje się to być... em... mało prawdopodobne... żebym przejął
ministerstwo przed przyszłą sobotą. Skoro nie możemy dosięgnąć
chłopaka w jego nowej kryjówce, musimy to zrobić, gdy będzie tam
przenoszony.
-
I są na to duże szanse, Władcy Moi. - Yaxley powoli zaczyna nas
irytować, cały czas łaknąc pochwały. Mam wrażenie, że nie
wytrzymam, i zaraz zedrę głos krzycząc na niego, na razie udaje mi
się jednak oszczędzić głos nie robiąc tego. - Mamy już swoich
ludzi w Departamencie Transportu. Jeśli Potter będzie się
deportował albo użyje Sieci Fiuu, natychmiast się o tym dowiemy.
-
Ya... - znowu zapominam nazwiska Śmierciożercy.
-
Yaxley – podpowiada spokojnym tonem ojciec.
-
Yaxley – kiwam głową z szerszym uśmiechem. - Yaxley, wiem
doskonale o tym, że mamy tam naszych ludzi. A wiesz dlaczego? Bo to
ja, do cholery, rzuciłam na nich zaklęcie Imperius. Co najmniej
dziesiątka jest pod ich wpływem. A jedyny Śmierciożerca, Candies,
który nie jest pod wpływem tego zaklęcia, to mój dobry znajomy.
-
Poza tym, Harry tego na pewno nie zrobi. Zakon wyklucza wszelką
formę transportu, która jest zarządzana lub kontrolowana przez
ministerstwo. W ministerstwie nie ufa nikomu – uzupełnia Snape.
-
Rose, nie musisz się chwalić – uśmiecha się delikatnie
Voldemort. - Wszyscy, najwidoczniej oprócz Yaxley'a, o tym wiedzą.
I wracając do tematu – tym lepiej. Będzie musiał przedostać się
do nowej kryjówki bez użycia czarów. Łatwiej będzie go dopaść.
-
Ja go zabiję – uśmiecha się Bellatriks, pewna swego. - Prawda,
Panie?
-
Ja mam do tego większe prawo. Czy będę mogła się tym zająć,
Ojcze? - pytam.
-
A nie, bo ja – odpowiada Bella natychmiast.
-
Podziwiam waszą żądzę krwi... Szczególnie twoją, Rose –
ściska mnie ostrzegawczo pod stołem – ale ja się tym zajmę.
-
Oczywiście – kiwam głową.
-
Zrobię to osobiście – powtarza. Za dużo już było pomyłek.
Niektóre sam popełniłem. To, że Potter wciąż żyje, jest w
znacznie większej mierze skutkiem moich błędów niż jego
zwycięstw. - Kiedy mówi, obserwuję go uważnie. Wiem, że obwinia
i mówi bardziej do samego siebie, niż reszty Śmierciożerców. -
Byłem nieostrożny, działałem pochopnie, za bardzo polegałem na
szczęśliwych przypadkach, a taka beztroska zwykle niweczy wszystkie
plany, jeśli nie są przemyślane do końca. Ale teraz już wiem
więcej. Zrozumiałem wiele spraw, których przedtem nie pojmowałem.
To ja muszę zabić Harry'ego Pottera. Ja sam. I uczynię to.
Nagle,
spod naszych stóp, rozlega się przerażające, długie wycie pełne
rozpaczy i bólu. Nie wiem, co tak wyje, ale postanawiam zapytać o
to później Lucjusza lub Narcyzę. Śmierciożercy rozglądają się
przestraszeni po sobie, a Voldemort zachowuje lodowatą powagę i
spokój, więc i ja je zatrzymuję.
-
Glizdogonie... czy nie kazałem ci dopilnować, aby nasz więzień
siedział cicho? - mówi melancholijnym głosem.
-
Tak p-panie – szepcze ten Śmierciożerca, do którego nigdy nie
miałam i nadal nie mam szacunku, zeskakuąc niezgrabnie z krzesełka.
Odwracam wzrok i patrzę tam gdzie ojciec – na kręcące się
powolnie wokół swojej osi ciało.
-
A więc, jak już powiedziałem – mężczyzna przeniósł wzrok na
swoich zwolenników, i przejrzał dokładnie ich oczy, pomijając
mnie – wiem więcej. Na przekład to, że zanim uśmiercę Pottera,
będę musiał pożyczyć od kogoś z was... różdżkę.
Nikt,
nawet Bellatriks nie zgłasza się na ochotnika. Wyjęłam różdżkę
i poturlałam ją po stole w stronę ojca. Wszyscy patrzyli na nią
melancholijnie.
-
Rosalio – ojciec kręci głową – twoja różdżka do niczego mi
się nie przyda. To jarzębina, ale ma taki sam rdzeń jak moja
różdżka i różdżka Pottera. A chciałbym tego... uniknąć –
ponownie turla różdżkę, tym razem na miejsce, z którego
przybyła.
Obserwuje
przez chwilę pozostałych ochotników. Patrzą tak, jakby zażądał,
by oddał im którąś część swojego ciała. Kręcę głową i
śmieję się lodowato.
-
Co, nie ma ochotników? - drwi. - No cóż, Lucjuszu, tobie różdżka
nie będzie już potrzebna.
Lucjusz
drga lekko, a po moich plecach przechodzą lodowate ciarki – jestem
bardzo związana z Malfoy'ami, jak wiele dziewczyn z rodzinami swoich
chłopaków. Narzeczonych. Zastanawiam się, czy po plecach Dracona
przeszedł podobny dreszcz, ale wiem, że to nie pora i nie miejsce
na takie zastanowienia. Kiedy na niego patrzę, uświadamiam sobie,
że wyglądał gorzej niż ostatnim razem, gdy go widziałam. Ma
worki pod oczami, parę siniaków, także na twarzy, i ogólnie
wygląda na chorego.
-
Tak, panie? - kiedy zadaje pytanie, jego głos jest ochrypły i
słaby, ale nie wiem, czy to przez rozkaz Voldemorta, czy też przez
swój, delikatnie rzecz biorąc, nie najlepszy stan – nie odzywał
się wcześniej, i – wstyd mi to przyznać – dopiero teraz
zwróciłam na niego większą uwagę.
-
Różdżka, Lucjuszu – powtarza cierpliwie Czarny Pan, ale widać
wyraźnie, że jest już bliski stracenia cierpliwości. - Potrzebna
mi twoja różdżka.
-
Ja... - patrzy niepewnie na Narcyzę, a później na mnie, jakby
szukając ratunku. Chwilę potem oddaje Voldemortowi różdżkę i
cedzi: - jestem dumny, że mogę ci w tym usłużyć.
Voldemort
uśmiecha się szeroko, zadowolony. Odbiera różdżkę, a potem
patrzy na nią uważnie przez chwilę.
-
Cudownie. Ale co to tak właściwie jest?
-
Czyżbyś nie widział? Różdżka – żartuję, za co Draco kopie
mnie ostrzegawczo pod stołem, a Voldemort wolną ręką mocno ściska
moją rękę, aż odpływa mi krew, a dopiero potem szybko luźni
uścisk i cofa dłoń. Od razu zaczynam rozmasowywać sobie
nadgarstek, a później kostkę u nogi, w którą trafił Draco.
Chociaż wiem, że chciał kopnąć lekko i w miejsce, które nie
będzie tak mocno bolało, jestem na niego lekko wściekła.
-Wiąz,
mój panie – szepce, próbując nie zauważać mojego niestosownego
żartu, a mnie jeszcze bardziej robi się słabo i żal.
-
A rdzeń? – Voldemort wyciąga swoją różdżkę. Przytyka je obie
do siebie, a ja, zaciekawiona, przyglądam się jego poczynaniom.
Chyba porównuje długości obu „magicznych patyków”, jak je
czasem pieszczotliwie nazywam.
-
Włókno smoczego serca – odpowiadam za Lucjusza, bo widzę, że
ten już więcej z siebie nie wydusi. - Jestem tego pewna, mówił mi
o tym niejednokrotnie.
-
Świetnie – odpowiada Voldemort.
Kiedy
Lucjusz robi niecelowo gest, który świadczy o tym, że oczekuje na
to, iż Voldemort odda mu w zamian swoją różdżkę, przeklinam
cicho. Ojciec nie zauważa tego jednak, być może na szczęście, bo
w domu byłabym za to zbita. Jednak Lucjusz jest za to karany
reprymendą, poniżeniem. To boli mnie prawdopodobnie mocniej od
niego. Oczy Voldemorta rozszerzają się złowieszczo, a ja przełykam
ślinę i czekam na najgorsze ze spuszczoną głową.
-
Mam ci oddać swoją różdżkę? Moją różdżkę?
- po tonie jego głosu wnioskuję, że wcale nie jest zły, lecz
rozbawiony. Kiedy niektórzy z śmierciożerców parskają stłumionym
śmiechem, Voldemort z niezadowoleniem macha na nich ręką, by się
uciszyli. - Podarowałem ci wolność,
Lucjuszu, i jeszcze ci mało? Ale zauważyłem, że ostatnio ciebie i
twoją rodzinę coś gnębi.... Zresztą podobnie jak ciebie,
Elizabeth, Rosalio i Martinie... Lucjuszu, może to moja obecność
w twoim domu?
-
Ależ skąd... nie... panie mój... przenigdy...
-
Och, Lucjuszu, po co te kłamstwa? A Elizabeth? Czyż nie tęskniłaś
za swym narzeczonym?
Matka
spuszcza głowę, rude włosy opadają jej na ramiona. Chociaż
zwykle wygląda bardzo młodo, jedynym problemem jest blada, wręcz
biała skóra i sztywność włosów, kiedy się nie uśmiecha,
wygląda starzej o dziesięć lat. Wiem, że nie odpowie. Boi się.
Poza tym, Voldemort ma rację. Wydawać by się mogło, że bardzo za
nim tęskni, a poza tym teraz ociera się o niego w nieskończoność,
składa liczne pocałunki na jego ciele, tylko że są... wymuszone.
A uśmiech nienaturalny, smutny. Wiem, że ojciec nigdy tego nie
widzi, ale w ręku trzyma alkohol i płacze, kiedy tylko nastaje
wieczór, pora, w której ojciec opuszcza dom i wędruje do
Malfoy'ów, by tam spędzić noc. Nie ufa nam, swojej najbliższej
rodzinie, woli iść do swoich podwładnych. To też smuci matkę. A
ojciec... ojciec jest zmartwiony, kiedy to ona nas bije. To też nie
jest codzienne zachowanie – to jest niesamowite i dziwne, zważywszy
na to, iż to on zadaje nam najwięcej bólu. Ale, co wolno
wojewodzie...
-
Ależ tęskniłam... Co noc tak bardzo tęsknię, wiesz to przecież,
kochanie! Tęsknię kiedy tylko wychodzisz gdzieś na pięć minut! -
Wydawać by się mogło, że te stwierdzenia mogą być jedynie
szczere, ale panika malująca się w jej zielonych, pięknych oczach
wskazuje na coś innego. Voldemort daruje jej jednak na chwilę,
wiedząc jednak, że kłamie.
-
Martinie, synu, co cię smuci? - kontynuował Voldemort. - Moja
obecność?
-
Co ty, ojcze... Tylko... Victoria zaszła w ciążę... A Rosalia
ucieka z domu... A ja jestem wilkołakiem...
Zachłystuję
się, ale nie jako jedyna. Victoria w ciąży? To nie jest
Śmierciożerczyni, ale i tak Martin spotyka się z nią od dłuższego
czasu. Ale żeby od razu w ciąży? Voldemort zamiera.
-
Victoria... będzie miała dziecko? Będziecie mieli dziecko? Będę
dziadkiem?
Martin
kiwa głową z powagą, co oznacza „tak”. Patrzę na brata
przerażona. Będę ciotką i matką chrzestną... A Victoria...
niegdyś moja najlepsza przyjaciółka... będzie ze mną rodziną...
O Boże. Osuwam się na krzesełko, patrzę tępo w przestrzeń, i z
odrętwienia wyrywa mnie dopiero irytująco dociekliwy ojciec
kontynuującym przesłuchanie.
-
A Rose? Co cię martwi, kochanie?
Mogę
odpowiedzieć, że on. Jego obecność. Wybaczyłby mi to. Ale ja
wolę grać według wyuczonego scenariusza.
-
To, że Harry jeszcze żyje.
Ojciec
uśmiecha się szeroko, zadowolony z odpowiedzi. Nadal jednak drąży
temat.
-
Nie martw się, córeczko. Niedługo tego dokonamy. Ja i ty.
Dopiero
teraz pozwala mi usiąść, i zajmuje się dalszą rozmową z ogółem.
Draco łapie moją dłoń pod stołem i mocno ją ściska. Uśmiecham
się delikatnie, szczęśliwa, że go mam. Najcudowniejszy chłopak
na świecie trafił się właśnie m i, zapewne fuksem. Myślę,
że nie mogę być większą szczęściarą. Nigdy.
W
tym samym momencie poczułam, jak coś oślizgłego i ciężkiego
ciągnie mi się po nogach. O nie. Czyżby ten potwór, Nagini,
uwielbił nagle moje buty? Na szczęście szybko wpełza na stół, a
z niego na ramiona Voldemorta. Ten gładzi gadzinę po pysku i
kontynuuje przesłuchanie rodziny Malfoy'ów.
-
Co takiego gnębi Malfoy'ów, pytam? Czym ich pokarał los? Czyż od
wielu lat nie zarzekali się, że wyczekują mojego powrotu, mojego
dojścia do władzy?
Lucjusz
chwilę milczy, zaskoczony, iż znowu rozmawiają o nich, o jego
rodzinie. Oczywiście nie jest z tego powodu szczęśliwy w nawet
najmniejszym stopniu. Jego drżąca ręka ociera pot przy ustach,
głos zamienia się w ledwo zrozumiały bełkot. Żałuję, że już
w ogóle nie mogę mu pomóc, i tylko odwracam wzrok, mając
nadzieję, że chociaż to trochę go ośmieli.
-
Tak, mój panie, tak, tak, tak. Pragnęliśmy tego i nadal pragniemy.
To
wyuczona formuła – wiem nader dobrze, że kłamie. Jak my wszyscy.
Bo się go obawia.
Narcyza,
aby poprzeć męża, kiwa sztywno głową. Nawet nie zerka na mnie,
co dopiero mówić o Voldemorcie i Nagini. Właśnie teraz do mnie
dociera – już nie jestem dla nich jak rodzina. Teraz nie boją się
o mnie, tylko mnie. Prawda zaczęła kłuć mnie mocno i ostro niczym
ostrze. No cóż, czasem niestety tak bywa. Choć Draco ściska mocno
moją dłoń, pokazując tym samym, że nadal mnie kocha. Mimo że
nie reaguję. Dopiero teraz dociera do mnie, iż mogę, ale tego nie
robię. Draco przenosi wzrok z wiszącego nad nim ciała – od
pewnego momentu przyglądał mu się jawnie z wyjątkową uwagą –
zerka szybko na Czarnego Pana, i szybko odwraca wzrok. Voldemort
stara się nie uśmiechać, ale wiem, że te bojaźliwe spojrzenie go
rozbawiło.
-
Panie mój! - Głosem nabrzmiałym z emocji odzywa się Bellatrix, na
którą, co dziwne, nie zwróciłam na razie uwagi. Dopiero teraz
zerknęłam na nią – siedzi przy Narcyzie, pochylona w stronę
Czarnego Pana. Zastanawia mnie, czy Snape i Voldemort również
dopiero teraz zwrócili na nią uwagę. - Panie mój – powtarza
cierpliwie, czekając, aż uwaga Czarnego Pana zwróci się ku niej.
- To wielki zaszczyt gościć cię w naszym domu. To wielkie
szczęście, większe, niż mogło nas spotkać.
-
Wielkie szczęście, powiadasz?
Podnoszę
brew zdumiona, i zaraz wściekam się na siebie w myślach, że to
powiedziałam. To zabrzmiało wrednie, a nie miało być takie. Na
szczęście powiedziałam to na tyle cicho, że nawet siedzący przy
mnie Voldemort tego nie usłyszał. Nie jestem jednak pewna, czy aby
na pewno nie dobiegło to uszu Dracona, ale to przecież nie ma
znaczenia, prawda? Nie chciałam źle. Zastanawiałam się jedynie,
jak można się cieszyć z wizyty Voldemorta, i – jeszcze, na
domiar złego – jego pobytu w swoim domu. Ja tam bym była
wściekła, Riddle przesiaduje u nas całe dni, miziając się z
Elizabeth, a potem – wiem to doskonale, zorientowałam się jako
pierwsza – robi to samo z Bellatrix, zdradzając matkę. Właśnie
dlatego nie mieszka z nami, obawia się, że zbyt długie przebywanie
z Elizą sprawi, że kobieta dowie się o jego sekrecie.
-
Wielkie szczęście. - Sam zainteresowany powtarza słowa Belli jak
echo, najwidoczniej smakując je. „Steki kłamstw i bzdur.
Zdrajca!”. Chciałabym to powiedzieć głośno, ale jestem zbyt
wielką panikarą. Której brak odwagi.
Kiedy
tak rozważam, Voldemort przechyla głowę i wpatruje się swoimi
wężowatymi oczyma przypominającymi szparki w Bellatrix.
-
To wiele znaczy w twoich ustach, Bellatrix – uśmiecha się ojciec,
ale wiem, że to nie ma nic z słodkiego kociaka, jakim jest z nią
na osobności. Ech, zresztą ja jestem podobna do niego. Niestety.
-
Pan mój wie przecież, że mówię najszczerszą prawdę! - Kiedy to
mówiła, na jej polikach wystąpiły rumieńce, a w oczach rozbłysły
niczym małe kryształki łzy szczęścia.
-
Wielkie szczęście... nawet w porównaniu z tym, co wydarzyło się
w waszej rodzinie tydzień temu? - Równie dobrze wiem, że jej serce
w tym momencie pękło na pół – Bella wpatruje się w oczy
Voldemorta szczerym wzrokiem pełnym wyrzutu z powodu zdrady.
-
Nie wiem, o czym mówisz panie... – protestuje.
-
Mówię o twojej siostrzenicy. I o waszej, Lucjuszu i Narcyzo.
Właśnie poślubiła wilkołaka, Remusa Lupina. Musicie być bardzo
dumni.
Najchętniej
wstałabym teraz i krzyknęła „DOŚĆ TEGO!”, ale zbyt się
boję. Siedzę więc, ze spuszczonym wzrokiem wbitym w blat stołu
tuż przy mnie, dłońmi splecionymi z dłońmi Dracona, ściskając
go mocno, żeby pocieszyć ukochanego, i nogą założoną na nogę.
Szlamie szlama nierówna, ciekawe...
Kiedy
wokół stołu wybuchają kpiące śmiechy, mam ochotę zabić
każdego, kto się śmieje, i dopiero teraz, jako do pierwszej,
dociera teraz, że to ma zranić bardziej mnie niż Malfoy'ów.
Ściskam mocniej dłoń Dracona, niemalże zgniatając mu ją,
próbując się wstrzymać od wyciągnięcia różdżki i zabicia
któregoś z podwładnych Voldemorta, i zabicia nią któregokolwiek
ze śmiejących się Śmierciożerców, tak dla przykładu, ale
wstrzymuję się ze świadomością, że właśnie to pragnie
ociągnąć Voldemort. Jeszcze nigdy nikogo nie zabiłam, pomimo tylu
jego nalegań, a on dąży do tego, żeby to stało się jak
najszybciej, najlepiej teraz. Bo jeśli zrobię to raz, później nie
będę miała oporów.
Tylko
Nagini nie podoba się wrzawa, i protestuje sykiem, kochane, grube
gadzisko. Nikt jednak na nią nie zważa, a ona, obrażona tym, że
nikt jej nie posłuchał, wlecze się przez stół do mnie, a potem
oplata moje ramienia niczym szal. Wzdrygam się lekko, nie chcę, by
tak robiła, ale nie mogę nic na to poradzić, jestem wobec tego
faktu bezbronna.
Twarz
Bellatriks pokrywa się plamami obudzenia.
-
Ona nie jest naszą siostrzenicą! - drze się, a jej głos niesie
się po ścianach, lodowaty i straszny, chłodny oraz ostry. - Dla
nas siostra przestała istnieć, kiedy poślubiła tego szlamę. Nie
mamy nic wspólnego z nią, ani z tym bękartem, jej córką, ani z
żadnym zwierzakiem, którego poślubiła.
-
A ty co powiesz, Draco? - pyta Voldemort, i chociaż nie mówi
głośniej, słychać wyraźnie jego cichy głos – szept? - pośród
donośnych gwizdów i zjadliwych śmiechów. Przełykam ślinę, i
ściskam jeszcze mocniej rękę Dracona, ze świadomością, że
zaraz mu zdrętwieje. Trudno. Obawiam się bardziej ataku Voldemorta
na ukochanego niż sam zainteresowany. - Będziesz się opiekował
szczeniętami?
Tłum
wybucha jeszcze większym śmiechem, a Draco jest bezradny. Kiedy
wstaję, śmiechy nadal trwają, ale ojciec chce widowiska, więc je
dostanie. Zrobię to. Zrobię to, powtarzam sobie w myślach,
próbując dodać sobie otuchy.
-
Avada Kadavra – szepcę, celując prosto w czarodzieja,
który śmieje się najgłośniej. Nie znam go, nie żal mi
mężczyzny. Śmiech natychmiast ucicha. I dobrze. - Każdy, kto
będzie szydził z rodziny Malfoy'ów podzieli los tego człowieka –
ostrzegam, wskazując na bezwładne ciało uśmierconej osoby.
-
Kochanie, nie buzuj się tak – tylko
Voldemort się odzywa. - Kiedy się wściekasz, mówisz w
języków wężów i nie rozumieją cię. Rozumiem, że to twój
ojczysty język, którym posługujemy się w domu, ale błagam cię,
mów do nich w języku ludzkim, najlepiej angielskim. A poza tym –
gratuluję pierwszego zabójstwa.
Zmieniam
położenie nóg – teraz to lewa spoczywa na prawej, wcześniej
było odwrotnie. Patrzę na niego, obciągając koszulę Dracona.
-
Bo co? A poza tym, nie masz czego gratulować. Zabiłam twojego
człowieka, a ty mi gratulujesz, zastanawiasz się c z a s e m ,
co ty mówisz? Bo chyba nie.
-
Mów co chcesz. Zrobiłaś już tabu?
-
„Panie”! - mówię
ironicznie, patrząc na niego rozbawiona. - Oczywiście, że
zrobiłam, idioto, chociaż nawet na to nie zasłużyłeś. Po prostu
jestem... - przez chwilę szukam
dobrego słowa, w końcu je znajduję – uczynna. Czy coś.
-
Uczynna? - śmieje się.
-
Czy coś – dodaję
mechanicznie.
-
No dobra, uczynna czy coś – zgadza
się Voldemort. - Ale ty? Uczynna... czy coś?
-
Tak – mówię naburmuszona.
-
Ekhym... Nie chcę się wcinać, ale reszta patrzy na was jak na
duchy, kiedy mówicie w języku węży – wcina
się Dracon.
-
No właśnie – przytakuje
Martin.
-
Pieprzę to – warczę na
nich.
-
To lepiej nie pieprz – uśmiechnął
się przebiegle ojciec. - Draco nie będzie zadowolony, za
to zazdrosny, jeśli zobaczy cię zdradzającego go...
-
Nie o to chodzi, że naprawdę to pieprzę. Tylko, że mam to
gdzieś. Ech, no nieważne. Mają rację. Powinniśmy zacząć mówić
w ich języku. Aha, jest jeszcze „PS”. Nigdy, przenigdy, nie
nazywaj mnie „kochanie”! Nie jestem twoją ukochaną córeczką
czy coś. A takie coś mnie bardzo irytuje!
-
Spoko, spoko. – Nie do
wiary, ma czelność uśmiechnąć się jeszcze szerzej! Co za dupek!
-
Zabrać ciało – mówię spokojnie do Śmierciożerców, już w
języku ludzkim, a nie wężów. - I pamięć, że każdy, kto
zachowa się szyderczo w stosunku do rodziny Malfoy'ów, nie ważne,
czy to będą trujące listki, czy gruba, zdrowa gałąź, zostanie
zabity.
-
Rosalia ma rację – popiera mnie natychmiast ojciec. - Niewiele
naszych najstarszych rodów uniknęło tej skazy – tłumaczy, kiedy
widzi błagalne spojrzenie Bellatrix. Nadal wierzy w niewinność jej
ukochanego, a mojego ojca. Co za jędza... - Trzeba przycinać
gałęzie, by drzewo było zdrowe. Odcinać te, które mogą zarazić
resztę.
-
Tak, mój panie – szepce Bellatrix, z oczyma pełnymi łez
wdzięczności. Zakładam nogę na nogę, niecierpliwiąc się, mam
nadzieję, że Bella przejrzy na oczy, i uświadomi sobie, że jej
kochaś ma narzeczoną. Moją matkę! - Gdy tylko nadarzy się
sposobność! - dodaje.
-
Wkrótce się nadarzy – obiecuje Voldemort. - A dotyczy to nie
tylko waszej rodziny, ale i całego świata... Wytniemy raka, który
nas wyniszcza. Pozostaną tylko ci, w których płynie czysta krew
czarodziejów.
Kiedy
Voldemort to mówi, gładzę pysk Nagini, która dalej spoczywa
opleciona wokół moich ramion. Zwierzę wygląda na uszczęśliwione
tą pieszczotą, więc kontynuuję głaskanie węża. Zadziwiające,
jak wiele może się zmienić przez niecałe pół godziny, co
dopiero mówić o trzech miesiącach, które przyniosły w moim domu
mnóstwo zmian.
Ojciec
unosi różdżkę Lucjusza, celuje nią w powolnie (leniwie?)
wirujące nad stołem ciało i macha krótko „magicznym patykiem”,
jak pieszczotliwie nazywam różdżki. Ciało ożywa z cichutkim
jękiem i zaczyna się miotać, starając się uwolnić od
niewidzialnych sznurów. Na marne.
-
Rozpoznajesz naszego gościa, Rosalio?
-
Oczywiście, że tak. Przecież na szóstym roku pomagałam
Severusowi, tak jak pragnąłeś. Nie chodziłam na jej wykłady.
Posyłam
mu prowokujące spojrzenie, mówiące jedno „No i co, że nie
chodziłam? Przecież i tak znam cały podręcznik od mugoloznastwa”,
ale ojciec zdaje się tego nie spostrzegać. A może raczej nie
akceptować. No nic, kontynuuję, patrząc w źrenice Voldemorta. Nie
po raz pierwszy stwierdzam, że przypominają szparki węża. Mój
głos jest dobitny i oschły, pełen udawanego obrzydzenia.
-
Ale z tego, co słyszałam, profesorka nawoływała do jednoczenia
się z Mugolami... Ohydne kłamstwa, mydlące oczy... „Szlamy to
dobro!”, mawiała. Boże... Hermiona też?
Udaję,
że się wzdrygam, pozoruję człowieka, po którego plecach
przechodzi lodowaty dreszcz. Jest to wyuczona formułka, ojciec kazał
mi ją powtórzyć, by zrobić wrażenie na jego poddanych. Sam
rozkazujący uśmiecha się radośnie, zadowolony z mojej odpowiedzi.
-
Masz rację, nie warto. Nie myśl o takich rzeczach. I nie po raz
pierwszy ty i Draco skarżycie się na Hermionę. Czemu ona tak
właściwie jest winna? - pyta, unosząc prawą brew. - Wiem, że
jest jakiś powód, dla którego jesteście na nią źli... W ogóle
źli.
-
A ty to nie? - wyrywa mi się, a chwilę potem z piskiem zamykam
usta. Bezskutecznie – jest już za późno. Voldemort to usłyszał.
Ale ich nie rozumie, więc je odpycha.
-
A ty, Severusie? - uśmiecha się do tłustowłosego.
W
tym momencie postać obraca się do Snape'a po raz drugi. Kobieta
dopiero teraz poddaje się i obserwuje mężczyznę. W jej ciemnych
oczach widać panikę, ciało wskazuje zaniedbanie.
-
Severusie! Pomóż mi! - woła kobieta przeraźliwym głosem, i
dopiero to budzi mnie – zabiłam mężczyznę, może nawet pod
zaklęciem Imperius czy zaszantażowanego.
Jemu
nie miał kto pomóc, a jej pewnie nawet nikt nie będzie chciał
pomóc, bojąc się wychylenia i kary za to. Zapewne rodzina ów
człowieka – to znaczy, Śmierciożercy – będzie rozpaczała,
może nawet chciała mnie ukarać. Może lepiej poczułabym się ze
świadomością, że coś mi grozi, ale doskonale wiem, że to
kłamstwo. Jestem bezpieczna. Voldemort nie pozwoliłby na to, by coś
stało się mi, jego córce. Wypluwam to słowo z siebie z olbrzymią
wzgardą, nawet w myślach, o wiele bardziej wolałabym być
niespokrewniona z takim człowiekiem jak on.
-
Och, tak – odpowiada szatyn, przypatrując się chwilę w ciało.
-
A ty, Draco? - pyta Voldemort, wychylając się przez cały stół i
patrząc w oczy mojego lubego.
Ściskam
mocno jego rękę, żeby dodać mu otuchy. Chłopak potrząsa
gwałtownie głową, ja to tłumaczę – nie, nie zna. Nie chodził
na jej wykłady. A potem Voldemort przedstawia postać – Charity
Burbage, ucząca Mugoloznastwa w Hogwarcie. Powtarza moje słowa,
niektórzy chichoczą, spluwają na podłogę.
-
Severusie... błagam... błagam... - powtarza zawzięcie kobieta, z
oczyma pełnymi łez.
-
Zamilcz – warczę, machając krótko różdżką, czym skutecznie
zamykam jej usta. Jej płacz mnie irytuję, nie zamierzam patrzeć na
mażącą się kobietę i jęczącą, mam tego dość. Uzupełniam
ojca paroma pogłoskami o niej. - Nie poprzestając na zatruwaniu
umysłów naszego... to znaczy, Dracona i mojego... pokolenia,
profesor Burbage w zeszłym tygodniu opublikowała w „szmatławcu
Quiriella” - tak nazywamy Proroka Codziennego, zważywszy na fakt,
że z tych bardziej popularnych Śmierciożercy to on po raz pierwszy
sięgnął po tą gazetę, a także, ponieważ nie lubimy tego
czasopisma – namiętną apologię szlam. Zaakceptujmy szlamy –
chrypię, patrząc z nienawiścią na Charitę. Od tego wszystkiego
pojawiła się chrypka, której przez paręnaście sekund staram się
pozbyć, w końcu daję za wygraną i kontynuuję chrypiącym głosem:
- Tak, mamy spojrzeć łaskawym okiem na tych złodziei naszej wiedzy
i magii! Malejąca liczba czarodziejów czystej krwi, to, według
niej, niezmiernie sprzyjająca okoliczność... niech wszyscy
pomieszają się z mugolami... tak, albo z wilkołakami...
Co
oczywista, nikt się nie śmieje. Patrzę ze złością na
nauczycielkę. To nie jej wina, że będzie drugą osobą, którą
zabiję. I nie dość, że w całym moim życiu, to jeszcze w tej
samej godzinie! Ale obiecałam Voldemortowi, że jeśli zdarzy się
coś, cokolwiek, co rozłamie mnie przed tą datą do zabójstwa,
zabiję i ją. Bez mrugnięcia okiem. Zaczyna się mi to właściwie
podobać, co stwierdzam z olbrzymim bólem.
-
Avada Kadavra – szepcę tak
cicho, że tylko Voldemort, Snape i Dracon mnie słyszą.
Ale
różdżka posłusznie wykonuje polecenie. Zielone światło
rozświetla na moment całą komnatę, a potem słychać głuche
walnięcie ciała Burbage, kiedy te upada na stół. Draco spada z
krzesła, ja mam w oczach łzy.
-
Nagini... obiad – dodaję
jeszcze w języku węży, a kiedy wąż odplątuje się z moich
ramion i z sykiem rzuca się na ciało, wychodzę, szlochając.
Opieram
głowę o ścianę w pokoju Dracona. Wiem, że jeszcze rozmawiają,
ale nie obchodzi mnie to. Biorę poduszkę, tę samą, na której
spałam, i szlocham w nią. Biorę chusteczkę, żeby nie umazać
poduchy, i wycieram w nią nos, ale bez hałasu. Potem znowu opieram
głowę o ścianę i płaczę tak, sama nie wiem jak długo, ale
przez ten czas zostałam sama, nikt nie wszedł. Powstrzymałam
płacz, kiedy rozbolała mnie głowa.
Kiedy przerywam pokaz słabości, wchodzi Dracon. Nic nie mówi, po
prostu tuli się do mnie. Może lepiej byłoby mi, jakby mnie
skrzyczał, powiedział, że zawiódł się na mnie, a nie zachował
lodowatą obojętność. Wchodzę mu na kolana i siadam okrakiem,
przodem do niego, zaglądając mu w oczy.
-
Kocham cię, wiesz? - mruczy, całując mnie w głowę. - Niezależne
od tego, co zrobisz.
-
Nie zasłużyłam na ciebie – uśmiecham się, odpowiadając
delikatnym pocałunkiem w kącik warg. -
I nigdy nie zasłużę.
I nigdy nie zasłużę.
-
To raczej ja nie zasłużyłem na ciebie. Jesteś bardziej wyjątkowa,
niż myślisz. Bo istniejesz.
-
A Pansy? - pytam. - Ona byłaby więcej warta niż ja, gdyby ktoś
chciał porównywać nas obie.
-
Pansy? Ten brzydal? - Parska śmiechem, ocierając mi wierzchem dłoni
już suche łzy.
-
Sama jestem brzydka – mówię. - Kocham cię – odpowiadam na jego
pierwsze słowa.
-
Głupia jesteś – czochra mi włosy, rozbawiając mnie.
-
Sam jesteś głupi! I nie ruszaj! Układałam te włosy...
-
Pełne pięć minut – kończy. - Stałem przy tobie ze stoperem.
-
Nie kłam!- śmieję się.
-
Ależ naprawdę! Czyżbyś mi nie wierzyła?
-
No przecież wierzę, wierzę – odpowiadam, i delikatnie go
odpycham.
Chwilę
przypatruje się mi z uwagą. Potem się zasmuca. Potem znowu
przygląda się z uwagą, by później jego twarz ponownie zbrzydziły
usta ułożone w podkówkę. Nie, w takiej pozycji dalej jest piękny.
Tylko, iż jego smutek smuci i mnie. Patrzę na niego, oszołomiona,
nie wiedząc, co się dzieje.
-
Draco? Coś nie tak? - pytam nieufnie.
-
Ależ skąd. Tylko, że twój ojciec zaraz wejdzie do tego pokoju –
mówi, delikatnie zdejmując mnie ze swoich nóg i wychodzi z pokoju.
I
rzeczywiście, chwilę później słyszę ciężkie kroki ojca.
Siedzę już w normalnej pozycji, opierając się o poduchę, kiedy
wchodzi. Siada koło mnie i przez chwilę po prostu bacznie mnie
obserwuje. W końcu pierwszy zabiera głos:
-
Przepraszam, Rosalio – szepce. - Ale od dziś musisz codziennie
przechodzić przez testy moje i Bellatriks. Podejmować od nas naukę
oraz zabijać. Naprawdę mi przykro, Rosal.
-
Te twoje „naprawdę mi przykro, Rosal” to wiesz gdzie sobie
możesz włożyć? - odwracam głowę, zagniewana. - Cofnij czas, to
te słowa zaczną coś znaczeć!
-
Przepraszam, Rose, ale nie potrafię.
-
Więc dlaczego kazałeś mi zabić? - krzyczę.
-
Ty też popełniłaś w swoim życiu wiele błędów.
-
Błędem było to, że nie powstrzymałam Snape'a przed zabiciem
Dumbledore'a, wtedy zaczęło się te istne piekło! Potem sama
zabiłam! A wiesz przez kogo to? Przez ciebie! Nienawidzę cię!
-
Przykro mi to słyszeć, chociaż wiem, że kiedyś mnie docenisz,
kochanie.
-
Wiesz co? Idź sobie! - drę się.
-
W porządku – energicznie wstaje. - I tak zmierzałem już ku
wyjściu. Jutro pojaw się przed naszym domem najpóźniej o
piętnastej, wtedy to zaczniemy czterogodzinne lekcje. Później,
jeśli będziesz chciała, możesz oczywiście pójść do Dracona,
ale nie przerywamy lekcji. Nie mam nic przeciwko temu, abyś spała u
niego... Chociaż oczywiście przeciwko Malfoy'om mam milion
argumentów. Ale cóż, nieważne. Aha, i będziesz ćwiczyła
Oklumencję z Severusem, nie mam czasu na takie głupoty jak uczenie
cię Oklumencji, chociaż oczywiście uważam to za bardzo przydatne.
Aha, Rosalio... Wkręć się w sprawy Zakonu. Nie mam już takiego
zaufania do Mistrza Eliksirów jak przed laty.
Kiwam
głową. Tego dnia po raz pierwszy „legalnie” śpię przy boku
Dracona. Jestem szczęśliwa, przynajmniej tak bardzo, jak to możliwe
w aktualnych czasach.
Od razu mówię, że nie ma mnie w dniach 19.07-10.08
Aha, jak ktoś to ogląda, niech pisze na priv, bo następnej notki chyba się nie doczekacie szybko, jak nie będę wiedziała, że jest ktokolwiek chętny do doglądania tego ):

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz