czwartek, 18 lipca 2013

Rozdział drugi.
Posiedzenie Śmierciożerców.
Kolejnego dnia Dracon budzi mnie czułym pocałunkiem w szyję. Nawet nie zauważyłam, że spaliśmy razem, w jednym łóżku. Na pewno mocno się na niego pchałam, myślę. Przecieram oczy. Jestem w jego pokoju. Przypominam sobie, że miałam tu spędzić jeszcze dwie noce, ale sądzę, że ojciec zabierze mnie już dziś wieczorem, po zebraniu ze Śmierciożercami w domu Malfoy'ów. Przyciskam się do ukochanego.
- Zabrałem wczoraj jakąś sukienkę, była w twojej szafie. Mam nadzieję, że dobra – mówi.
Mam ochotę dalej leżeć w ramionach lubego, ale wstaję. Biorę sukienkę, która leży na stoliku z jasnobrązowego drewna dębowego. Zdejmuję z siebie ubrania, i staję przed szafą. Wkładam do niej sukienkę, bo wiem nader doskonale, że Dracon ma parę dżinsów i szortów w moim rozmiarze – dałam mu je kiedyś właśnie na taką okoliczność.
Zdejmuję bluzkę, i Dracon patrzy na mój biustonosz od tyłu. Grzebię chwilę w szafie i wyjmuję jego koszulę. Zakładam ją na siebie – sięga mi do pół uda. Chwilę potem ściągam dżinsy i zakładam te szorty, o których mówiłam. Biorę jego szczotkę i rozczesuję sobie włosy. Chwilę potem Dracon stoi przed szafą, a ja ścielę łóżko. Kiedy już kończę, siadam na nim (Dracon ma rozkładaną kanapę). Dracon założył już spodnie, teraz zakładał na siebie T-shirt.
Zapina pasek, kiedy podchodzę do niego i muskam swoimi wargami jego wargi. Pieszczotliwie gryzę go delikatnie w dolną wargę, i wiem, że po jego plecak przechodzi właśnie dreszcz rozkoszy. Ja mam tak samo.
- Kocham cię – szepcę, łącząc swoje dłonie z jego dłońmi.
- Ja ciebie też – odpowiada od razu, mechanicznie.
Siada na kanapie, a ja zajmuję miejsce koło niego. Wciągam bose stopy na kanapę, tuląc się mocniej do ukochanego.
- Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła – kontynuuję, całując go w ramię. - Jesteś najlepszy. Gdybym mogła...
- Zamieszkaj ze mną – mówi nagle, przerywając mi rozważania. - Zamieszkajmy razem. Proszę cię – całuje mnie w usta, uniemożliwiając dalszą rozmowę.
- Ja... Draco... ja nie wrócę do Hogwartu – odpowiadam od razu.
- Ja też nie – kręci głową.
- Draco... ty... ty nie rozumiesz... - jęczę. Nie chcę o tym rozmawiać, a właśnie muszę. - Ja nie wrócę do domu. Dostałam zaproszenie na ślub Billa i Fleur. Nie chciałam ciebie zabierać, bo: po pierwsze – Weasley'owie cię nie lubią, a, po drugie – nie wrócę później. Ani do ciebie do domu, ani do mojego domu. Nigdzie. Ja... ja nie wiem, czy my się znowu spotkamy. Sądzę, że zobaczysz mnie na wielkiej Bitwie. Nie wiem, gdzie i kiedy, ale będziemy stać po przeciwnych stronach. Draco... - chlipię – ja przepraszam. Ale... nie mów o tym nikomu, dobrze?
Kiwa głową i całuje mnie w policzek. Robi to tak, jakby robił to po raz ostatni, ale to nie jest takie cudowne jak sobie wyobrażałam. Za wiele niepokoju i lęku w tym pocałunku. Za mało wiary we mnie. Więcej troski i ochoty ochronienia mnie własnym ciałem. Tylko, że ja też chcę go ochronić w ten sam sposób.
- Nie powiem nikomu – obiecuje, i wiem, że dotrzyma słowa.
Kiwam głową i znowu go całuję, a kiedy wchodzi jego matka, by obudzić syna, jesteśmy w jego łazience, zajęci sobą. Nie otwiera drzwi, ale odsuwamy się od siebie, i cicho dyszymy. Nie mogę nic poradzić na hormony, ale przynajmniej jestem z właściwym młodzieńcem i to jest powód do radości.

***

Kroczę korytarzem, zlękniona. Głośno przełykam ślinę. Zebranie się jeszcze nie zaczęło, a ja jestem przerażona. Voldemort siedzi już na jednym z krzeseł, ubrany w czarną szatę, po której można go rozpoznać. Wszyscy zebrani również mają na sobie czarne, długie szaty, nawet Draco. Tylko mi, córka Voldemorta, wolno ubierać się tak, jak zechcę. Krzesełko ojca stoi na tle marmurowego kominka. Oba miejsca koło niego są jeszcze wolne, dopiero drugie od jego lewej strony i trzecie od prawej jest zajęte – po lewej przez Martina, od prawej przez rodzinę Dracona i samego Draco.
- No proszę, kogoż my tu mamy? - woła na mój widok wysokim, donośnym głosem, jaki przybiera zawsze podczas pracy.
Spuszczam głowę. Nie chcę rozmawiać o tym, co robiłam przez czas, kiedy go nie było. I u kogo byłam.
- Przynajmniej pojawiłaś się na zebranie – zauważa, i poklepuje ochoczo miejsce koło siebie. - No proszę, córeczko, usiądź.
Przerażona zajmuję miejsce po prawej. Łykam głośno ślinę po raz drugi. Dracon chwyta moją rękę w pocieszającym uściskiem pod stołem, ale nawet to nie sprawia, że czuję się bezpieczna.
Nad stołem lewituje jakaś kobieta, wisi głową w dół, nieprzytomna. Staram się na nią nie patrzeć, jestem już do tego przyzwyczajona. Reszta, powoli przybywająca, tylko zerka na nią ukradkiem wchodząc, a potem już nie zwraca na nią uwagi. Też się staram, nawet wychodzi mi to. Największe problemy ma z tym Dracon, nad którym wisi. Stara się, żeby reszta tego nie widziała, ale my i tak zdajemy sobie sprawę z tego, że co chwila dyskretnie obserwuje ją ukradkiem.
Z tego co rozumiem, czekamy tylko na Yaxley'a i Snape'a. Kiedy są niemalże dwie minuty do ustalonego rozpoczęcia zebrania, wchodzą. Zamykają metalowe drzwi, które głośno uderzają z trzaskiem o siebie, zamykając się.
- Yaxley, Snape – wita się ojciec, kiedy tylko słyszy ich kroki. - Zaczynałem się martwić, że nie przyjdziecie. Prawie się spóźniliście.
Nowo przybyli Śmierciożercy robią ukłon przed moim ojcem. Uśmiecham się delikatnie z świadomą wyższością – tylko ja, jako równa mojemu ojcu, mogłam się nie kłaniać. Nawet Martin musiał.
- Tutaj, Severusie – ojciec wskazuje krzesełko po swojej lewej stronie. - Zająłem ci miejsce. A ty Yaxley... możesz usiąść koło Dołohowa.
Obydwaj mężczyźni zajmują wskazane miejsca. Patrzę uważnie na Snape'a, i syczę „zdrajca i szpieg”, za co ojciec patrzy na mnie ostro, wściekły, i każe się uciszyć. Wszystkie spojrzenia ze mnie przenoszą się na Snape'a. To on pierwszy będzie mówił.
- No więc? - pytam przed ojcem, i krzyżuję ręce na stole. Opieram na nich podbródek, udając zainteresowanie. - Jakie wieści przynosisz?
- To się stanie w przyszłą sobotę. Gdy zapadnie noc. Wówczas Zakon Feniksa przeniesie Harry'ego Pottera z jego obecnej kryjówki, tak jak rozmawialiśmy na poprzednim zebraniu.
Niektórzy nieruchomieją. Ja sama zakładam nogę na nogę pod drewnianym, długim stołem, a ojciec patrzy uważnie na mnie, myśląc nad słowami Snape'a. Reszta zebranych patrzy na Snape'a, niektórzy na ojca, a nieliczni także na mnie.
- W sobotę... gdy zapadnie noc? - powtarzam.
Oczy mojego ojca, w kolorze jaskrawej czerwieni, który niestety odziedziczyłam, przenoszą powolnie wzrok ze mnie na czarne oczy Snape'a, szukając potwierdzenia. I znowu emocje były wszędzie – niektórzy przenieśli wzrok, głównie patrząc na mnie. Pewnie się bali, że spopieli ich żar tego spojrzenia. Snape nie opuścił jednak głowy, patrząc spokojnie na mnie. Ja także obserwowałam go, to mnie należało się bać, to ja byłam bezwzględna i gotowa zabić wszystkich Śmierciożerów, oprócz mojego Dracona, kiedy okaże się, że kłamali. Wykrzywiam wargi w delikatnym, zainteresowanym uśmieszku.
- On nie kłamie – szepczę do ojca.
On także wykrzywia wargi w uśmiechu. Ten grymas przypomina mój uśmiech, a ja jestem sparaliżowana ze strachu – zbyt wiele podobieństw.
- Dobrze, bardzo dobrze – mówi ojciec.
Ja jeszcze jestem jednak podejrzliwa. Przenikam wzrokiem Snape'a, szukając jakichkolwiek źródeł informujących o kłamstwie. Przymykam na chwilę oczy, i zaraz potem je otwieram. Słyszę myśli Severusa, przenika mój umysł informując mnie, że jesteśmy po tej samej stronie, chcemy obronić Harry'ego, a przynajmniej, jeśli te pierwsze okaże się niemożliwe, zabić Voldemorta. Przełykam ślinę i gram dalej dla pozorów:
- Skąd pochodzi ta informacja, Severusie?
Wolno mi na wiele więcej niż w szkole, i od razu to wykorzystuję. Snape poprawia się na krzesełku i kładzie dłonie na stole.
- Ze źródła, o którym w trójkę... ja, ty, i twój ojciec, rozmawialiśmy po zeszłym zebraniu Śmierciożerców.
- Czarni Władcy! - tym oto pseudonimem posługujemy się ja i mój ojciec, kiedy chodzi o nas obu.
To Yaxley się odzywa, wychylając się zza stołu. Cały czas był wpatrzony we mnie, a ja zaczęłam się obawiać, że rozpoznał moje myśli. Wszystkie spojrzenia przeniosły się na niego.
Voldemort milczy, dobrze wie, że odpowiem za niego. Spryciarz.
- Słuchamy – mówię ostro; nie lubię, kiedy ktoś się wcina wtedy, kiedy powinnam szeptem naradzić się z Voldemortem.
- Pani, ja słyszałem coś innego. - Teraz wyłączył z rozmowy Voldemorta, który był niezainteresowany rozmową z nim. Ja także, ale nie wypadało mu tego okazać.
- A więc? Co słyszałeś... - Jego nazwisko wypada mi z głowy.
- Yaxley – podpowiada mi ojciec.
- Wybacz, pamiętam tylko najważniejszych Śmierciożerców. - Kiedy kończę to mówić, dookoła wybucha śmiech, tylko Yaxley patrzy na mnie z zawiścią. Nawet Voldemort się śmieje, chociaż sądziłam, że trudno go będzie zachęcić do tak prozaicznej czynności jak śmiech.
- Auror Dalwish zdradził mi, że Pottera przeniosą dopiero trzydziestego, w noc poprzedzającą jego siedemnaste urodziny.
Uśmiecham się, Snape również. Tylko ojciec ma spokojną, opanowaną minę nie zdradzającą żadnych emocji, które w nim panują.
- Według mojego źródła zamierzają nam podsunąć fałszywy trop. To pewnie właśnie ta informacja. Sądzę, że na Dawilsha rzucono zaklęcie Confundus. I to nie po raz pierwszy. Wiadomo, że mu nie ufają – mówi Severus, odpychając się od stołu. Siedzi na krzesełku, więc wygląda to dość dziecinnie.
- Zapewniam was, Czarni Władcy, że Dalwish był tego absolutnie pewny.
- To całkiem naturalne, skoro był pod działaniem Confundusa – mówię, kładąc dłonie na stole. - I zapewniam ciebie, że moje, a więc najważniejsze, źródło, powtarza, że Biuro Aurorów zostało już wyłączone z opieki nad Harrym Potterem. Zakon słusznie podejrzewa, że infiltrujemy ministerstwo, ale za to nie podejrzewa, że Zakon jest infiltrowany przeze mnie – uśmiecham się szeroko. - Prawda, Snape? Powiedz, kto stał za firanką w zeszłym tygodniu? - jeszcze szerszy uśmiech. - Jakoś nie było ci spieszno do wyratowania mnie, przez co straciliście jednego z waszych, nim się deportowałam.
Wokoło rozlega się śmiech. Yaxley dalej patrzy na mnie nie ufnie, za to Snape jest wściekły, że podważyłam jego słowa. I że zdradziłam, iż mnie nie wyratował.
- Sądziłem niesłusznie, że dasz sobie radę – odpowiada.
- Niesłusznie? - uśmiecham się. - Zabiłam jednego z waszych! Poradziłam sobie o wiele lepiej, niż myślałeś, że dam sobie radę, Severusie.
Snape ma dalszą ochotę się ze mną kłócić, ale Voldemort przerywa przekomarzankę głośnym „dość”. W jego służbowym, donośnym i przenikliwym głosie brzmi to o wiele straszniej, niż gdyby zrobił to w domu, chociaż i tam pewnie nieźle by mnie zląkł.
- Czarni Władcy. - Yaxley upierdliwie zaczął ciągnąć dalej ten wątek, niezrażony naszą rozmową i ukradkowymi spojrzeniami, jakimi go darzyliśmy. - Dalwish twierdzi, że w przeniesieniu chłopca wezmą udział wszyscy aurorzy...
Podnoszę rękę, i widzę, że mam białą skórę. Obserwuję go przez chwilę przenikliwym spojrzeniem swoimi jaskrawoczerwonymi oczami. Kiwam głową na Snape'a, by mówił dalej.
- Powiedz mi... Severusie... dokąd zamierzają przenieść Harry'ego?
- Do domu jednego z członków Zakonu – odpowiada.
- Czyżby do Nory?
- Być może. Byłaś tam?
- Oczywiście. Ja z Harrym... udawany romans – uśmiecham się znowu, a wszyscy dokoła rechoczą, a Voldemort uśmiecha się z udawaną dumą. - Proszę, mów dalej.
- A więc, według mojego źródła Nora... czy inny dom... będzie miał zapewnioną wszelką ochronę, na jaką stać Zakon i ministerstwo. Uważam, że kiedy chłopak już tam się znajdzie, trudno go będzie stamtąd porwać, chyba że uda nam się opanować ministerstwo przed przyszłą sobotą i wykryć dość zabezpieczających dom zaklęć, by przełamać resztę.
- Co ty na to, Yaxley? - woła ojciec, a w jego czerwonych oczach przypominających szparki węża rozbłyska żar. Wszystkie spojrzenia przenoszą się na wywołanego z nazwiska Śmierciożercę. - Uda nam się opanować ministerstwo przed przyszłą sobotą?
Ja także ciekawie przyglądam się mężczyźnie, złakniona odpowiedzi. Odkąd Voldemort zadał te pytanie, zaczęło mnie one frustrować. Ze zdziwieniem odkryłam, że aktualnie stoję po jego stronie. Dopiero później będę tego żałować.
Yaxley świadomie unika mojego spojrzenia, podobnie jak spojrzenia mojego ojca. Można by pomyśleć, że boi się naszych spojrzeń wlepionych w niego. Właściwie to patrzy na postać, o której wszyscy oprócz Dracona na pewno już zapomnieli. Dopiero po jego spojrzeniu przypomina mi się, że kobieta nadal tam wisi.
Śmierciożerca równie świadomie unika mówienia o mnie. Boi się wymienić mojego imienia. O wiele bardziej podoba mu się zwracanie bezpośrednio do mojego ojca.
- Panie mój, mam dobrą wiadomość w tym względzie. Udało mi się... z trudem i olbrzymim wysiłkiem... rzucić zaklęcie Imperius na Piusa Thicknesse'a.
Prawie wszyscy są pod wrażeniem. Dołohow klepie go po plecach z uznaniem. Uśmiecham się jednak z wyższością. To nie robi na mnie wrażenia. Wiem, że na moim ojcu również, ale jest zbyt zmęczony, by powiedzieć cokolwiek.
- Tak, to dobra wiadomość – chwalę go cicho, głosem, który przeraża niejednego – ale jeden Ticknesse to za mało. Zanim zaczniemy działać... to znaczy, głównie ja i mój ojciec... Scrimgeoura MUSZĄ otoczyć nasi ludzie. Wystarczy jeden nieudany zamach na życie ministra, a zniszczy to tak dużo, że szkoda mówić – kręcę głową.
- To prawda... ale przecież wiesz, że...
- Pani! - upominam go automatycznie – mówienie do mnie i Voldemorta po imieniu było znakiem, że tej osobie brak szacunku (pomijając niektórych).
- A więc, Pani przecież wie, że Ticknesse, jako szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, ma regularne kontakty nie tylko z samym ministrem, ale i z szefami innych departamentów. Sądzę więc, że będzie całkiem łatwo, skoro już mamy kontrolę nad tak wysoko postawionym urzędnikiem, podporządkować sobie innych, tak by wszyscy działali na rzecz obalenia Scrimgeoura.
- Pod warunkiem, że nie zdemaskują Thicknesse'a zanim przeciągnie resztę na naszą stronę – popiera mnie ojciec. Jego głos jest zimny i ostry, taki, jaki zawsze przybiera w pracy. - W każdym razie wydaje się to być... em... mało prawdopodobne... żebym przejął ministerstwo przed przyszłą sobotą. Skoro nie możemy dosięgnąć chłopaka w jego nowej kryjówce, musimy to zrobić, gdy będzie tam przenoszony.
- I są na to duże szanse, Władcy Moi. - Yaxley powoli zaczyna nas irytować, cały czas łaknąc pochwały. Mam wrażenie, że nie wytrzymam, i zaraz zedrę głos krzycząc na niego, na razie udaje mi się jednak oszczędzić głos nie robiąc tego. - Mamy już swoich ludzi w Departamencie Transportu. Jeśli Potter będzie się deportował albo użyje Sieci Fiuu, natychmiast się o tym dowiemy.
- Ya... - znowu zapominam nazwiska Śmierciożercy.
- Yaxley – podpowiada spokojnym tonem ojciec.
- Yaxley – kiwam głową z szerszym uśmiechem. - Yaxley, wiem doskonale o tym, że mamy tam naszych ludzi. A wiesz dlaczego? Bo to ja, do cholery, rzuciłam na nich zaklęcie Imperius. Co najmniej dziesiątka jest pod ich wpływem. A jedyny Śmierciożerca, Candies, który nie jest pod wpływem tego zaklęcia, to mój dobry znajomy.
- Poza tym, Harry tego na pewno nie zrobi. Zakon wyklucza wszelką formę transportu, która jest zarządzana lub kontrolowana przez ministerstwo. W ministerstwie nie ufa nikomu – uzupełnia Snape.
- Rose, nie musisz się chwalić – uśmiecha się delikatnie Voldemort. - Wszyscy, najwidoczniej oprócz Yaxley'a, o tym wiedzą. I wracając do tematu – tym lepiej. Będzie musiał przedostać się do nowej kryjówki bez użycia czarów. Łatwiej będzie go dopaść.
- Ja go zabiję – uśmiecha się Bellatriks, pewna swego. - Prawda, Panie?
- Ja mam do tego większe prawo. Czy będę mogła się tym zająć, Ojcze? - pytam.
- A nie, bo ja – odpowiada Bella natychmiast.
- Podziwiam waszą żądzę krwi... Szczególnie twoją, Rose – ściska mnie ostrzegawczo pod stołem – ale ja się tym zajmę.
- Oczywiście – kiwam głową.
- Zrobię to osobiście – powtarza. Za dużo już było pomyłek. Niektóre sam popełniłem. To, że Potter wciąż żyje, jest w znacznie większej mierze skutkiem moich błędów niż jego zwycięstw. - Kiedy mówi, obserwuję go uważnie. Wiem, że obwinia i mówi bardziej do samego siebie, niż reszty Śmierciożerców. - Byłem nieostrożny, działałem pochopnie, za bardzo polegałem na szczęśliwych przypadkach, a taka beztroska zwykle niweczy wszystkie plany, jeśli nie są przemyślane do końca. Ale teraz już wiem więcej. Zrozumiałem wiele spraw, których przedtem nie pojmowałem. To ja muszę zabić Harry'ego Pottera. Ja sam. I uczynię to.
Nagle, spod naszych stóp, rozlega się przerażające, długie wycie pełne rozpaczy i bólu. Nie wiem, co tak wyje, ale postanawiam zapytać o to później Lucjusza lub Narcyzę. Śmierciożercy rozglądają się przestraszeni po sobie, a Voldemort zachowuje lodowatą powagę i spokój, więc i ja je zatrzymuję.
- Glizdogonie... czy nie kazałem ci dopilnować, aby nasz więzień siedział cicho? - mówi melancholijnym głosem.
- Tak p-panie – szepcze ten Śmierciożerca, do którego nigdy nie miałam i nadal nie mam szacunku, zeskakuąc niezgrabnie z krzesełka. Odwracam wzrok i patrzę tam gdzie ojciec – na kręcące się powolnie wokół swojej osi ciało.
- A więc, jak już powiedziałem – mężczyzna przeniósł wzrok na swoich zwolenników, i przejrzał dokładnie ich oczy, pomijając mnie – wiem więcej. Na przekład to, że zanim uśmiercę Pottera, będę musiał pożyczyć od kogoś z was... różdżkę.
Nikt, nawet Bellatriks nie zgłasza się na ochotnika. Wyjęłam różdżkę i poturlałam ją po stole w stronę ojca. Wszyscy patrzyli na nią melancholijnie.
- Rosalio – ojciec kręci głową – twoja różdżka do niczego mi się nie przyda. To jarzębina, ale ma taki sam rdzeń jak moja różdżka i różdżka Pottera. A chciałbym tego... uniknąć – ponownie turla różdżkę, tym razem na miejsce, z którego przybyła.
Obserwuje przez chwilę pozostałych ochotników. Patrzą tak, jakby zażądał, by oddał im którąś część swojego ciała. Kręcę głową i śmieję się lodowato.
- Co, nie ma ochotników? - drwi. - No cóż, Lucjuszu, tobie różdżka nie będzie już potrzebna.
Lucjusz drga lekko, a po moich plecach przechodzą lodowate ciarki – jestem bardzo związana z Malfoy'ami, jak wiele dziewczyn z rodzinami swoich chłopaków. Narzeczonych. Zastanawiam się, czy po plecach Dracona przeszedł podobny dreszcz, ale wiem, że to nie pora i nie miejsce na takie zastanowienia. Kiedy na niego patrzę, uświadamiam sobie, że wyglądał gorzej niż ostatnim razem, gdy go widziałam. Ma worki pod oczami, parę siniaków, także na twarzy, i ogólnie wygląda na chorego.
- Tak, panie? - kiedy zadaje pytanie, jego głos jest ochrypły i słaby, ale nie wiem, czy to przez rozkaz Voldemorta, czy też przez swój, delikatnie rzecz biorąc, nie najlepszy stan – nie odzywał się wcześniej, i – wstyd mi to przyznać – dopiero teraz zwróciłam na niego większą uwagę.
- Różdżka, Lucjuszu – powtarza cierpliwie Czarny Pan, ale widać wyraźnie, że jest już bliski stracenia cierpliwości. - Potrzebna mi twoja różdżka.
- Ja... - patrzy niepewnie na Narcyzę, a później na mnie, jakby szukając ratunku. Chwilę potem oddaje Voldemortowi różdżkę i cedzi: - jestem dumny, że mogę ci w tym usłużyć.
Voldemort uśmiecha się szeroko, zadowolony. Odbiera różdżkę, a potem patrzy na nią uważnie przez chwilę.
- Cudownie. Ale co to tak właściwie jest?
- Czyżbyś nie widział? Różdżka – żartuję, za co Draco kopie mnie ostrzegawczo pod stołem, a Voldemort wolną ręką mocno ściska moją rękę, aż odpływa mi krew, a dopiero potem szybko luźni uścisk i cofa dłoń. Od razu zaczynam rozmasowywać sobie nadgarstek, a później kostkę u nogi, w którą trafił Draco. Chociaż wiem, że chciał kopnąć lekko i w miejsce, które nie będzie tak mocno bolało, jestem na niego lekko wściekła.
-Wiąz, mój panie – szepce, próbując nie zauważać mojego niestosownego żartu, a mnie jeszcze bardziej robi się słabo i żal.
- A rdzeń? – Voldemort wyciąga swoją różdżkę. Przytyka je obie do siebie, a ja, zaciekawiona, przyglądam się jego poczynaniom. Chyba porównuje długości obu „magicznych patyków”, jak je czasem pieszczotliwie nazywam.
- Włókno smoczego serca – odpowiadam za Lucjusza, bo widzę, że ten już więcej z siebie nie wydusi. - Jestem tego pewna, mówił mi o tym niejednokrotnie.
- Świetnie – odpowiada Voldemort.
Kiedy Lucjusz robi niecelowo gest, który świadczy o tym, że oczekuje na to, iż Voldemort odda mu w zamian swoją różdżkę, przeklinam cicho. Ojciec nie zauważa tego jednak, być może na szczęście, bo w domu byłabym za to zbita. Jednak Lucjusz jest za to karany reprymendą, poniżeniem. To boli mnie prawdopodobnie mocniej od niego. Oczy Voldemorta rozszerzają się złowieszczo, a ja przełykam ślinę i czekam na najgorsze ze spuszczoną głową.
- Mam ci oddać swoją różdżkę? Moją różdżkę? - po tonie jego głosu wnioskuję, że wcale nie jest zły, lecz rozbawiony. Kiedy niektórzy z śmierciożerców parskają stłumionym śmiechem, Voldemort z niezadowoleniem macha na nich ręką, by się uciszyli. - Podarowałem ci wolność, Lucjuszu, i jeszcze ci mało? Ale zauważyłem, że ostatnio ciebie i twoją rodzinę coś gnębi.... Zresztą podobnie jak ciebie, Elizabeth, Rosalio i Martinie... Lucjuszu, może to moja obecność w twoim domu?
- Ależ skąd... nie... panie mój... przenigdy...
- Och, Lucjuszu, po co te kłamstwa? A Elizabeth? Czyż nie tęskniłaś za swym narzeczonym?
Matka spuszcza głowę, rude włosy opadają jej na ramiona. Chociaż zwykle wygląda bardzo młodo, jedynym problemem jest blada, wręcz biała skóra i sztywność włosów, kiedy się nie uśmiecha, wygląda starzej o dziesięć lat. Wiem, że nie odpowie. Boi się. Poza tym, Voldemort ma rację. Wydawać by się mogło, że bardzo za nim tęskni, a poza tym teraz ociera się o niego w nieskończoność, składa liczne pocałunki na jego ciele, tylko że są... wymuszone. A uśmiech nienaturalny, smutny. Wiem, że ojciec nigdy tego nie widzi, ale w ręku trzyma alkohol i płacze, kiedy tylko nastaje wieczór, pora, w której ojciec opuszcza dom i wędruje do Malfoy'ów, by tam spędzić noc. Nie ufa nam, swojej najbliższej rodzinie, woli iść do swoich podwładnych. To też smuci matkę. A ojciec... ojciec jest zmartwiony, kiedy to ona nas bije. To też nie jest codzienne zachowanie – to jest niesamowite i dziwne, zważywszy na to, iż to on zadaje nam najwięcej bólu. Ale, co wolno wojewodzie...
- Ależ tęskniłam... Co noc tak bardzo tęsknię, wiesz to przecież, kochanie! Tęsknię kiedy tylko wychodzisz gdzieś na pięć minut! - Wydawać by się mogło, że te stwierdzenia mogą być jedynie szczere, ale panika malująca się w jej zielonych, pięknych oczach wskazuje na coś innego. Voldemort daruje jej jednak na chwilę, wiedząc jednak, że kłamie.
- Martinie, synu, co cię smuci? - kontynuował Voldemort. - Moja obecność?
- Co ty, ojcze... Tylko... Victoria zaszła w ciążę... A Rosalia ucieka z domu... A ja jestem wilkołakiem...
Zachłystuję się, ale nie jako jedyna. Victoria w ciąży? To nie jest Śmierciożerczyni, ale i tak Martin spotyka się z nią od dłuższego czasu. Ale żeby od razu w ciąży? Voldemort zamiera.
- Victoria... będzie miała dziecko? Będziecie mieli dziecko? Będę dziadkiem?
Martin kiwa głową z powagą, co oznacza „tak”. Patrzę na brata przerażona. Będę ciotką i matką chrzestną... A Victoria... niegdyś moja najlepsza przyjaciółka... będzie ze mną rodziną... O Boże. Osuwam się na krzesełko, patrzę tępo w przestrzeń, i z odrętwienia wyrywa mnie dopiero irytująco dociekliwy ojciec kontynuującym przesłuchanie.
- A Rose? Co cię martwi, kochanie?
Mogę odpowiedzieć, że on. Jego obecność. Wybaczyłby mi to. Ale ja wolę grać według wyuczonego scenariusza.
- To, że Harry jeszcze żyje.
Ojciec uśmiecha się szeroko, zadowolony z odpowiedzi. Nadal jednak drąży temat.
- Nie martw się, córeczko. Niedługo tego dokonamy. Ja i ty.
Dopiero teraz pozwala mi usiąść, i zajmuje się dalszą rozmową z ogółem. Draco łapie moją dłoń pod stołem i mocno ją ściska. Uśmiecham się delikatnie, szczęśliwa, że go mam. Najcudowniejszy chłopak na świecie trafił się właśnie m i, zapewne fuksem. Myślę, że nie mogę być większą szczęściarą. Nigdy.
W tym samym momencie poczułam, jak coś oślizgłego i ciężkiego ciągnie mi się po nogach. O nie. Czyżby ten potwór, Nagini, uwielbił nagle moje buty? Na szczęście szybko wpełza na stół, a z niego na ramiona Voldemorta. Ten gładzi gadzinę po pysku i kontynuuje przesłuchanie rodziny Malfoy'ów.
- Co takiego gnębi Malfoy'ów, pytam? Czym ich pokarał los? Czyż od wielu lat nie zarzekali się, że wyczekują mojego powrotu, mojego dojścia do władzy?
Lucjusz chwilę milczy, zaskoczony, iż znowu rozmawiają o nich, o jego rodzinie. Oczywiście nie jest z tego powodu szczęśliwy w nawet najmniejszym stopniu. Jego drżąca ręka ociera pot przy ustach, głos zamienia się w ledwo zrozumiały bełkot. Żałuję, że już w ogóle nie mogę mu pomóc, i tylko odwracam wzrok, mając nadzieję, że chociaż to trochę go ośmieli.
- Tak, mój panie, tak, tak, tak. Pragnęliśmy tego i nadal pragniemy.
To wyuczona formuła – wiem nader dobrze, że kłamie. Jak my wszyscy. Bo się go obawia.
Narcyza, aby poprzeć męża, kiwa sztywno głową. Nawet nie zerka na mnie, co dopiero mówić o Voldemorcie i Nagini. Właśnie teraz do mnie dociera – już nie jestem dla nich jak rodzina. Teraz nie boją się o mnie, tylko mnie. Prawda zaczęła kłuć mnie mocno i ostro niczym ostrze. No cóż, czasem niestety tak bywa. Choć Draco ściska mocno moją dłoń, pokazując tym samym, że nadal mnie kocha. Mimo że nie reaguję. Dopiero teraz dociera do mnie, iż mogę, ale tego nie robię. Draco przenosi wzrok z wiszącego nad nim ciała – od pewnego momentu przyglądał mu się jawnie z wyjątkową uwagą – zerka szybko na Czarnego Pana, i szybko odwraca wzrok. Voldemort stara się nie uśmiechać, ale wiem, że te bojaźliwe spojrzenie go rozbawiło.
- Panie mój! - Głosem nabrzmiałym z emocji odzywa się Bellatrix, na którą, co dziwne, nie zwróciłam na razie uwagi. Dopiero teraz zerknęłam na nią – siedzi przy Narcyzie, pochylona w stronę Czarnego Pana. Zastanawia mnie, czy Snape i Voldemort również dopiero teraz zwrócili na nią uwagę. - Panie mój – powtarza cierpliwie, czekając, aż uwaga Czarnego Pana zwróci się ku niej. - To wielki zaszczyt gościć cię w naszym domu. To wielkie szczęście, większe, niż mogło nas spotkać.
- Wielkie szczęście, powiadasz?
Podnoszę brew zdumiona, i zaraz wściekam się na siebie w myślach, że to powiedziałam. To zabrzmiało wrednie, a nie miało być takie. Na szczęście powiedziałam to na tyle cicho, że nawet siedzący przy mnie Voldemort tego nie usłyszał. Nie jestem jednak pewna, czy aby na pewno nie dobiegło to uszu Dracona, ale to przecież nie ma znaczenia, prawda? Nie chciałam źle. Zastanawiałam się jedynie, jak można się cieszyć z wizyty Voldemorta, i – jeszcze, na domiar złego – jego pobytu w swoim domu. Ja tam bym była wściekła, Riddle przesiaduje u nas całe dni, miziając się z Elizabeth, a potem – wiem to doskonale, zorientowałam się jako pierwsza – robi to samo z Bellatrix, zdradzając matkę. Właśnie dlatego nie mieszka z nami, obawia się, że zbyt długie przebywanie z Elizą sprawi, że kobieta dowie się o jego sekrecie.
- Wielkie szczęście. - Sam zainteresowany powtarza słowa Belli jak echo, najwidoczniej smakując je. „Steki kłamstw i bzdur. Zdrajca!”. Chciałabym to powiedzieć głośno, ale jestem zbyt wielką panikarą. Której brak odwagi.
Kiedy tak rozważam, Voldemort przechyla głowę i wpatruje się swoimi wężowatymi oczyma przypominającymi szparki w Bellatrix.
- To wiele znaczy w twoich ustach, Bellatrix – uśmiecha się ojciec, ale wiem, że to nie ma nic z słodkiego kociaka, jakim jest z nią na osobności. Ech, zresztą ja jestem podobna do niego. Niestety.
- Pan mój wie przecież, że mówię najszczerszą prawdę! - Kiedy to mówiła, na jej polikach wystąpiły rumieńce, a w oczach rozbłysły niczym małe kryształki łzy szczęścia.
- Wielkie szczęście... nawet w porównaniu z tym, co wydarzyło się w waszej rodzinie tydzień temu? - Równie dobrze wiem, że jej serce w tym momencie pękło na pół – Bella wpatruje się w oczy Voldemorta szczerym wzrokiem pełnym wyrzutu z powodu zdrady.
- Nie wiem, o czym mówisz panie... – protestuje.
- Mówię o twojej siostrzenicy. I o waszej, Lucjuszu i Narcyzo. Właśnie poślubiła wilkołaka, Remusa Lupina. Musicie być bardzo dumni.
Najchętniej wstałabym teraz i krzyknęła „DOŚĆ TEGO!”, ale zbyt się boję. Siedzę więc, ze spuszczonym wzrokiem wbitym w blat stołu tuż przy mnie, dłońmi splecionymi z dłońmi Dracona, ściskając go mocno, żeby pocieszyć ukochanego, i nogą założoną na nogę. Szlamie szlama nierówna, ciekawe...
Kiedy wokół stołu wybuchają kpiące śmiechy, mam ochotę zabić każdego, kto się śmieje, i dopiero teraz, jako do pierwszej, dociera teraz, że to ma zranić bardziej mnie niż Malfoy'ów. Ściskam mocniej dłoń Dracona, niemalże zgniatając mu ją, próbując się wstrzymać od wyciągnięcia różdżki i zabicia któregoś z podwładnych Voldemorta, i zabicia nią któregokolwiek ze śmiejących się Śmierciożerców, tak dla przykładu, ale wstrzymuję się ze świadomością, że właśnie to pragnie ociągnąć Voldemort. Jeszcze nigdy nikogo nie zabiłam, pomimo tylu jego nalegań, a on dąży do tego, żeby to stało się jak najszybciej, najlepiej teraz. Bo jeśli zrobię to raz, później nie będę miała oporów.
Tylko Nagini nie podoba się wrzawa, i protestuje sykiem, kochane, grube gadzisko. Nikt jednak na nią nie zważa, a ona, obrażona tym, że nikt jej nie posłuchał, wlecze się przez stół do mnie, a potem oplata moje ramienia niczym szal. Wzdrygam się lekko, nie chcę, by tak robiła, ale nie mogę nic na to poradzić, jestem wobec tego faktu bezbronna.
Twarz Bellatriks pokrywa się plamami obudzenia.
- Ona nie jest naszą siostrzenicą! - drze się, a jej głos niesie się po ścianach, lodowaty i straszny, chłodny oraz ostry. - Dla nas siostra przestała istnieć, kiedy poślubiła tego szlamę. Nie mamy nic wspólnego z nią, ani z tym bękartem, jej córką, ani z żadnym zwierzakiem, którego poślubiła.
- A ty co powiesz, Draco? - pyta Voldemort, i chociaż nie mówi głośniej, słychać wyraźnie jego cichy głos – szept? - pośród donośnych gwizdów i zjadliwych śmiechów. Przełykam ślinę, i ściskam jeszcze mocniej rękę Dracona, ze świadomością, że zaraz mu zdrętwieje. Trudno. Obawiam się bardziej ataku Voldemorta na ukochanego niż sam zainteresowany. - Będziesz się opiekował szczeniętami?
Tłum wybucha jeszcze większym śmiechem, a Draco jest bezradny. Kiedy wstaję, śmiechy nadal trwają, ale ojciec chce widowiska, więc je dostanie. Zrobię to. Zrobię to, powtarzam sobie w myślach, próbując dodać sobie otuchy.
- Avada Kadavra – szepcę, celując prosto w czarodzieja, który śmieje się najgłośniej. Nie znam go, nie żal mi mężczyzny. Śmiech natychmiast ucicha. I dobrze. - Każdy, kto będzie szydził z rodziny Malfoy'ów podzieli los tego człowieka – ostrzegam, wskazując na bezwładne ciało uśmierconej osoby.
- Kochanie, nie buzuj się tak – tylko Voldemort się odzywa. - Kiedy się wściekasz, mówisz w języków wężów i nie rozumieją cię. Rozumiem, że to twój ojczysty język, którym posługujemy się w domu, ale błagam cię, mów do nich w języku ludzkim, najlepiej angielskim. A poza tym – gratuluję pierwszego zabójstwa.
Zmieniam położenie nóg – teraz to lewa spoczywa na prawej, wcześniej było odwrotnie. Patrzę na niego, obciągając koszulę Dracona.
- Bo co? A poza tym, nie masz czego gratulować. Zabiłam twojego człowieka, a ty mi gratulujesz, zastanawiasz się c z a s e m , co ty mówisz? Bo chyba nie.
- Mów co chcesz. Zrobiłaś już tabu?
- „Panie”! - mówię ironicznie, patrząc na niego rozbawiona. - Oczywiście, że zrobiłam, idioto, chociaż nawet na to nie zasłużyłeś. Po prostu jestem... - przez chwilę szukam dobrego słowa, w końcu je znajduję – uczynna. Czy coś.
- Uczynna? - śmieje się.
- Czy coś – dodaję mechanicznie.
- No dobra, uczynna czy coś – zgadza się Voldemort. - Ale ty? Uczynna... czy coś?
- Tak – mówię naburmuszona.
- Ekhym... Nie chcę się wcinać, ale reszta patrzy na was jak na duchy, kiedy mówicie w języku węży – wcina się Dracon.
- No właśnie – przytakuje Martin.
- Pieprzę to – warczę na nich.
- To lepiej nie pieprz – uśmiechnął się przebiegle ojciec. - Draco nie będzie zadowolony, za to zazdrosny, jeśli zobaczy cię zdradzającego go...
- Nie o to chodzi, że naprawdę to pieprzę. Tylko, że mam to gdzieś. Ech, no nieważne. Mają rację. Powinniśmy zacząć mówić w ich języku. Aha, jest jeszcze „PS”. Nigdy, przenigdy, nie nazywaj mnie „kochanie”! Nie jestem twoją ukochaną córeczką czy coś. A takie coś mnie bardzo irytuje!
- Spoko, spoko. – Nie do wiary, ma czelność uśmiechnąć się jeszcze szerzej! Co za dupek!
- Zabrać ciało – mówię spokojnie do Śmierciożerców, już w języku ludzkim, a nie wężów. - I pamięć, że każdy, kto zachowa się szyderczo w stosunku do rodziny Malfoy'ów, nie ważne, czy to będą trujące listki, czy gruba, zdrowa gałąź, zostanie zabity.
- Rosalia ma rację – popiera mnie natychmiast ojciec. - Niewiele naszych najstarszych rodów uniknęło tej skazy – tłumaczy, kiedy widzi błagalne spojrzenie Bellatrix. Nadal wierzy w niewinność jej ukochanego, a mojego ojca. Co za jędza... - Trzeba przycinać gałęzie, by drzewo było zdrowe. Odcinać te, które mogą zarazić resztę.
- Tak, mój panie – szepce Bellatrix, z oczyma pełnymi łez wdzięczności. Zakładam nogę na nogę, niecierpliwiąc się, mam nadzieję, że Bella przejrzy na oczy, i uświadomi sobie, że jej kochaś ma narzeczoną. Moją matkę! - Gdy tylko nadarzy się sposobność! - dodaje.
- Wkrótce się nadarzy – obiecuje Voldemort. - A dotyczy to nie tylko waszej rodziny, ale i całego świata... Wytniemy raka, który nas wyniszcza. Pozostaną tylko ci, w których płynie czysta krew czarodziejów.
Kiedy Voldemort to mówi, gładzę pysk Nagini, która dalej spoczywa opleciona wokół moich ramion. Zwierzę wygląda na uszczęśliwione tą pieszczotą, więc kontynuuję głaskanie węża. Zadziwiające, jak wiele może się zmienić przez niecałe pół godziny, co dopiero mówić o trzech miesiącach, które przyniosły w moim domu mnóstwo zmian.
Ojciec unosi różdżkę Lucjusza, celuje nią w powolnie (leniwie?) wirujące nad stołem ciało i macha krótko „magicznym patykiem”, jak pieszczotliwie nazywam różdżki. Ciało ożywa z cichutkim jękiem i zaczyna się miotać, starając się uwolnić od niewidzialnych sznurów. Na marne.
- Rozpoznajesz naszego gościa, Rosalio?
- Oczywiście, że tak. Przecież na szóstym roku pomagałam Severusowi, tak jak pragnąłeś. Nie chodziłam na jej wykłady.
Posyłam mu prowokujące spojrzenie, mówiące jedno „No i co, że nie chodziłam? Przecież i tak znam cały podręcznik od mugoloznastwa”, ale ojciec zdaje się tego nie spostrzegać. A może raczej nie akceptować. No nic, kontynuuję, patrząc w źrenice Voldemorta. Nie po raz pierwszy stwierdzam, że przypominają szparki węża. Mój głos jest dobitny i oschły, pełen udawanego obrzydzenia.
- Ale z tego, co słyszałam, profesorka nawoływała do jednoczenia się z Mugolami... Ohydne kłamstwa, mydlące oczy... „Szlamy to dobro!”, mawiała. Boże... Hermiona też?
Udaję, że się wzdrygam, pozoruję człowieka, po którego plecach przechodzi lodowaty dreszcz. Jest to wyuczona formułka, ojciec kazał mi ją powtórzyć, by zrobić wrażenie na jego poddanych. Sam rozkazujący uśmiecha się radośnie, zadowolony z mojej odpowiedzi.
- Masz rację, nie warto. Nie myśl o takich rzeczach. I nie po raz pierwszy ty i Draco skarżycie się na Hermionę. Czemu ona tak właściwie jest winna? - pyta, unosząc prawą brew. - Wiem, że jest jakiś powód, dla którego jesteście na nią źli... W ogóle źli.
- A ty to nie? - wyrywa mi się, a chwilę potem z piskiem zamykam usta. Bezskutecznie – jest już za późno. Voldemort to usłyszał. Ale ich nie rozumie, więc je odpycha.
- A ty, Severusie? - uśmiecha się do tłustowłosego.
W tym momencie postać obraca się do Snape'a po raz drugi. Kobieta dopiero teraz poddaje się i obserwuje mężczyznę. W jej ciemnych oczach widać panikę, ciało wskazuje zaniedbanie.
- Severusie! Pomóż mi! - woła kobieta przeraźliwym głosem, i dopiero to budzi mnie – zabiłam mężczyznę, może nawet pod zaklęciem Imperius czy zaszantażowanego.
Jemu nie miał kto pomóc, a jej pewnie nawet nikt nie będzie chciał pomóc, bojąc się wychylenia i kary za to. Zapewne rodzina ów człowieka – to znaczy, Śmierciożercy – będzie rozpaczała, może nawet chciała mnie ukarać. Może lepiej poczułabym się ze świadomością, że coś mi grozi, ale doskonale wiem, że to kłamstwo. Jestem bezpieczna. Voldemort nie pozwoliłby na to, by coś stało się mi, jego córce. Wypluwam to słowo z siebie z olbrzymią wzgardą, nawet w myślach, o wiele bardziej wolałabym być niespokrewniona z takim człowiekiem jak on.
- Och, tak – odpowiada szatyn, przypatrując się chwilę w ciało.
- A ty, Draco? - pyta Voldemort, wychylając się przez cały stół i patrząc w oczy mojego lubego.
Ściskam mocno jego rękę, żeby dodać mu otuchy. Chłopak potrząsa gwałtownie głową, ja to tłumaczę – nie, nie zna. Nie chodził na jej wykłady. A potem Voldemort przedstawia postać – Charity Burbage, ucząca Mugoloznastwa w Hogwarcie. Powtarza moje słowa, niektórzy chichoczą, spluwają na podłogę.
- Severusie... błagam... błagam... - powtarza zawzięcie kobieta, z oczyma pełnymi łez.
- Zamilcz – warczę, machając krótko różdżką, czym skutecznie zamykam jej usta. Jej płacz mnie irytuję, nie zamierzam patrzeć na mażącą się kobietę i jęczącą, mam tego dość. Uzupełniam ojca paroma pogłoskami o niej. - Nie poprzestając na zatruwaniu umysłów naszego... to znaczy, Dracona i mojego... pokolenia, profesor Burbage w zeszłym tygodniu opublikowała w „szmatławcu Quiriella” - tak nazywamy Proroka Codziennego, zważywszy na fakt, że z tych bardziej popularnych Śmierciożercy to on po raz pierwszy sięgnął po tą gazetę, a także, ponieważ nie lubimy tego czasopisma – namiętną apologię szlam. Zaakceptujmy szlamy – chrypię, patrząc z nienawiścią na Charitę. Od tego wszystkiego pojawiła się chrypka, której przez paręnaście sekund staram się pozbyć, w końcu daję za wygraną i kontynuuję chrypiącym głosem: - Tak, mamy spojrzeć łaskawym okiem na tych złodziei naszej wiedzy i magii! Malejąca liczba czarodziejów czystej krwi, to, według niej, niezmiernie sprzyjająca okoliczność... niech wszyscy pomieszają się z mugolami... tak, albo z wilkołakami...
Co oczywista, nikt się nie śmieje. Patrzę ze złością na nauczycielkę. To nie jej wina, że będzie drugą osobą, którą zabiję. I nie dość, że w całym moim życiu, to jeszcze w tej samej godzinie! Ale obiecałam Voldemortowi, że jeśli zdarzy się coś, cokolwiek, co rozłamie mnie przed tą datą do zabójstwa, zabiję i ją. Bez mrugnięcia okiem. Zaczyna się mi to właściwie podobać, co stwierdzam z olbrzymim bólem.
- Avada Kadavra – szepcę tak cicho, że tylko Voldemort, Snape i Dracon mnie słyszą.
Ale różdżka posłusznie wykonuje polecenie. Zielone światło rozświetla na moment całą komnatę, a potem słychać głuche walnięcie ciała Burbage, kiedy te upada na stół. Draco spada z krzesła, ja mam w oczach łzy.
- Nagini... obiad – dodaję jeszcze w języku węży, a kiedy wąż odplątuje się z moich ramion i z sykiem rzuca się na ciało, wychodzę, szlochając.
Opieram głowę o ścianę w pokoju Dracona. Wiem, że jeszcze rozmawiają, ale nie obchodzi mnie to. Biorę poduszkę, tę samą, na której spałam, i szlocham w nią. Biorę chusteczkę, żeby nie umazać poduchy, i wycieram w nią nos, ale bez hałasu. Potem znowu opieram głowę o ścianę i płaczę tak, sama nie wiem jak długo, ale przez ten czas zostałam sama, nikt nie wszedł. Powstrzymałam płacz, kiedy rozbolała mnie głowa. Kiedy przerywam pokaz słabości, wchodzi Dracon. Nic nie mówi, po prostu tuli się do mnie. Może lepiej byłoby mi, jakby mnie skrzyczał, powiedział, że zawiódł się na mnie, a nie zachował lodowatą obojętność. Wchodzę mu na kolana i siadam okrakiem, przodem do niego, zaglądając mu w oczy.
- Kocham cię, wiesz? - mruczy, całując mnie w głowę. - Niezależne od tego, co zrobisz.
- Nie zasłużyłam na ciebie – uśmiecham się, odpowiadając delikatnym pocałunkiem w kącik warg. -
I nigdy nie zasłużę.
- To raczej ja nie zasłużyłem na ciebie. Jesteś bardziej wyjątkowa, niż myślisz. Bo istniejesz.
- A Pansy? - pytam. - Ona byłaby więcej warta niż ja, gdyby ktoś chciał porównywać nas obie.
- Pansy? Ten brzydal? - Parska śmiechem, ocierając mi wierzchem dłoni już suche łzy.
- Sama jestem brzydka – mówię. - Kocham cię – odpowiadam na jego pierwsze słowa.
- Głupia jesteś – czochra mi włosy, rozbawiając mnie.
- Sam jesteś głupi! I nie ruszaj! Układałam te włosy...
- Pełne pięć minut – kończy. - Stałem przy tobie ze stoperem.
- Nie kłam!- śmieję się.
- Ależ naprawdę! Czyżbyś mi nie wierzyła?
- No przecież wierzę, wierzę – odpowiadam, i delikatnie go odpycham.
Chwilę przypatruje się mi z uwagą. Potem się zasmuca. Potem znowu przygląda się z uwagą, by później jego twarz ponownie zbrzydziły usta ułożone w podkówkę. Nie, w takiej pozycji dalej jest piękny. Tylko, iż jego smutek smuci i mnie. Patrzę na niego, oszołomiona, nie wiedząc, co się dzieje.
- Draco? Coś nie tak? - pytam nieufnie.
- Ależ skąd. Tylko, że twój ojciec zaraz wejdzie do tego pokoju – mówi, delikatnie zdejmując mnie ze swoich nóg i wychodzi z pokoju.
I rzeczywiście, chwilę później słyszę ciężkie kroki ojca. Siedzę już w normalnej pozycji, opierając się o poduchę, kiedy wchodzi. Siada koło mnie i przez chwilę po prostu bacznie mnie obserwuje. W końcu pierwszy zabiera głos:
- Przepraszam, Rosalio – szepce. - Ale od dziś musisz codziennie przechodzić przez testy moje i Bellatriks. Podejmować od nas naukę oraz zabijać. Naprawdę mi przykro, Rosal.
- Te twoje „naprawdę mi przykro, Rosal” to wiesz gdzie sobie możesz włożyć? - odwracam głowę, zagniewana. - Cofnij czas, to te słowa zaczną coś znaczeć!
- Przepraszam, Rose, ale nie potrafię.
- Więc dlaczego kazałeś mi zabić? - krzyczę.
- Ty też popełniłaś w swoim życiu wiele błędów.
- Błędem było to, że nie powstrzymałam Snape'a przed zabiciem Dumbledore'a, wtedy zaczęło się te istne piekło! Potem sama zabiłam! A wiesz przez kogo to? Przez ciebie! Nienawidzę cię!
- Przykro mi to słyszeć, chociaż wiem, że kiedyś mnie docenisz, kochanie.
- Wiesz co? Idź sobie! - drę się.
- W porządku – energicznie wstaje. - I tak zmierzałem już ku wyjściu. Jutro pojaw się przed naszym domem najpóźniej o piętnastej, wtedy to zaczniemy czterogodzinne lekcje. Później, jeśli będziesz chciała, możesz oczywiście pójść do Dracona, ale nie przerywamy lekcji. Nie mam nic przeciwko temu, abyś spała u niego... Chociaż oczywiście przeciwko Malfoy'om mam milion argumentów. Ale cóż, nieważne. Aha, i będziesz ćwiczyła Oklumencję z Severusem, nie mam czasu na takie głupoty jak uczenie cię Oklumencji, chociaż oczywiście uważam to za bardzo przydatne. Aha, Rosalio... Wkręć się w sprawy Zakonu. Nie mam już takiego zaufania do Mistrza Eliksirów jak przed laty.

Kiwam głową. Tego dnia po raz pierwszy „legalnie” śpię przy boku Dracona. Jestem szczęśliwa, przynajmniej tak bardzo, jak to możliwe w aktualnych czasach.

Od razu mówię, że nie ma mnie w dniach 19.07-10.08
Aha, jak ktoś to ogląda, niech pisze na priv, bo następnej notki chyba się nie doczekacie szybko, jak nie będę wiedziała, że jest ktokolwiek chętny do doglądania tego ):

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz